poniedziałek, 5 maja 2014

Dziennik Alice, Wpis Piąty

19 kwietnia, 1772

    Ostatnio bardzo cię zaniedbałam pamiętniczku, zdążyłeś już się cały zakurzyć...i myślę sobie teraz, czemu nie notowałam w tobie wszystkich tych dni? No cóż, teraz to nadrobię. Ostatnio skączyłam na tym, jak wieczorem piętnastego uciekłam za Alexsem z domu Jakuba. Więc zaczynam.
    Jeszcze parę minut leżałam na łóżku, czekając, aż wszystkie światła zgasną. Gdy tylko to się stało zabrałam broń, założyłam szary płaszcz z kapturem i wyszłam z domu. Mało mogłam dostrzeć w takiej ciemności, dobrze, że jednak Alex zabrał ze sobą latarkę, dzięki temu go nie zgubiłam. Szybko dotarliśmy do murów, ale nie pomyślałam...strażnicy... . Na szczęście zauważyłam duchownych zmierzających do zamku. Zaciągnęłam kaptur, złożyłam ręce i wtopiłam się w ich grupę. Upiekło mi się, ale przeszłam. Alex też już wchodził. Szedł spokojnie do komnaty króla, jednak towarzyszył mu strażnik. Rozpoznałam ten głos. To był ten, który znalazł mnie wtedy w tamtej skrzyni. A rozmawiali...o mnie. 
Duchowni wciąż podążali za Alexsem. Miałam tym razem farta. Wszyscy weszli do sali tronowej.
-Co was sprowadza? -zapytał król donośnym głosem
-Mam dobre wieści, o panie. Tamta dziewczyna "Alice" nie żyje. To ten, tu obecny pozbawił ją życia -powiedział dumnie strażnik, wskazując na Alexsa
Alex dał królowi pióro splamione moją krwią -Oto dowód -powiedział.
Hmn...zauważyłam, że mam dobrą pamięć do zapamiętywania dialogów. A wracając...
-Kto może to potwierdzić? -spytał król
-Ja oraz inni strażnicy i rycerze -odezwał nasz "znajomy"
Zastała chwila ciszy.
-Niniejszym za zabójstwo skazuję Alexsa Andrzeja Shirley na karę śmierci. Pojmać go -powiedział srogo król
Ale skąd on zna drugie imię Alexsa? Przecież nikt poza naszą matką nie mówił na niego Andrzej! Tego nie ma w żadnym dokumencie! W żadnych aktach! Czy on wie o nas, aż tak dużo? Dobra Alice, pobódka. Pisz dalej, nie ważne, że zapiszesz tym pewnie ze trzy strony...
   Szybko wbiegłam na salę. Czterech ludzi atakowało Alexsa. Jednak zauważyli i mnie. Dwójka strażników ruszyła na mnie. To zdarzenie bardzo zapadło mi w pamięć. Jeden ze strażników stał przede mną, a drugi za mną. Obydwoje zrobili ruch mieczem w tej samej chwili. Uniknęłam ciosu z przodu, pochylając się. Jednak drugi strażnik...obciął mi włosy. No cóż lepiej włosy niż głowa. 
Widziałam jak około 30 centymetrów moich włosów opada na ziemię. Ci strażnicy powinni być raczej fryzjerami. Byli w szoku. Wykorzystałam to. Jak wygłodniałe zwierzę, rzuciłam się na nich zadając zabójcze dźgnęcia. Zajęło mi to mniej niż, huhuhu...5 minut? Ruszyłam do Alexsa i zabiłam pozostałą dwójkę.
-Uciekaj! -krzyknęłam, gdy zauważyłam około dwudziestu rycerzy biegnących w naszą stronę. 
Nagle upadłam. Bełt z kuszy wbił się w moje udo. Wyciągnęłam rękę do brata, a ten mnie podniósł.
-Ali masz dobrego braciszka, wiesz? -powiedział w pośpiechu
We dwójkę trzymając się za ręce wyskoczyliśmy przez wybite okno i wylądowaliśmy w stogu siana. Tuż przy stajni. Odwiązaliśmy dwa ogiery. Dosiedliśmy ich i wyruszyliśmy. Zaciągnęłam kaptur wstydząc się mojej twarzy oraz nowej fryzury.
-Skąd się tam wzięłaś?! Ty mogłaś tam do cholery zginąć! -powiedział Alex.
Konie przyśpieszyły. Szybko znaleźliśmy się w wielkim, ciemnym lesie, tym samym w którym odzalazłam Alexsa. Pomógł mi zejść z siodła i posiadził na pieńku. Moje udo wciąż krwawiło, a rana okropnie piekła. Zdjęłam kaptur i przeglądałam się w jeziorku. Moje włosy dosięgały mi ledwo do ramion i...zciemniały. Są już prawie czarne. Dziwne. Nagle Alexs gdzieś zniknął. Wrócił jednak po paru minutach w rękach niósł jakieś zioła. Rozpalił ognisko, gotował w nim trochę wody i po kolei dodawał zioła. Urwał spory kawałek materiału, który wiózł ze sobą jego koń. Brutalnie wyciągnął bełt z mojego uda. Przeczyścił ranę wywarem oraz owinął materiałem. Bolało, ale nie mogłam narzekać.
-Uciekamy do Poznania -powiedział Alex
"Chwila, Anna mieszka w Poznaniu! " -pomyślałam
-To w drogę 
    Jechaliśmy tam trzy dni. Jednak nie zmierzaliśmy do domu Anny. Alex prowadził mnie w jakąś ciemną uliczkę. Kazał mi zostawić konia i pójść za nim. Weszłam z Alexsem do piwnicy, trzymałam go za rękę. Wkońcu to przecież mój starszy brat. Niepewnie stawiałam kroki. Nagle z dołu szedł do nas jakiś zakapturzony mężcyzna.
-Alex, dobrze cię widzieć Bracie -powiedział
-Ciebię też Daleborze -odpowiedział mu Alex
Chwila, o co tu chodzi? Jaki "Brat"? Czemu ja nic nie wiem?
-Proszę, poznaj moją siostrę, Alice -powiedział po chwili Alex
-Witaj -powiedział
-W-witaj... -wydusiłam przerażona
-Nie bój się mnie, jesteś puki co bezpieczna.
Mężczyzna zdjął kaptur i podał mi rękę. Popatrzyłam mu w oczy i niepewnie złapałam rękę. 
-Zaufaj nam. Spokojnie, nic ci nie zrobimy. 
Alex przytaknął głową. Delilakatnie się uśmiechnęłam i strach minął.
   Zeszliśmy na dół, a tam wręcz roiło się od ludzi w kapturach. Kobiet i mężcyzn. Wśród nich zauważyłam jedną osobę, która była tak samo zagubiona jak ja. Jednak wolę się jeszcze do niego nie odzywać. Nie chcę wyjść tutaj na idiotę bądź pokrakę.
-Bracia, Siostry przedstawiam wam Alice. Rodzoną siostrę naszego Brata Alexa -powiedział mój nowy przyjaciel
-Nic już nie rozumiem...po co tu jestem? -spytałam
-Masz w sobie potęcjał. Trochę cię podszlifuremy i będziesz jedną z najlepszych Asasynek.
-Słucham? Ja? Ja na Asasynkę?
Matka opowiadała mi o Asasynach, są podobno zabójcami doskonałymi. A ja? Ja jestem zwykłą myśliwą! Poluję tylko na zwierzęta, a nie na ludzi! Chwila...już chyba coś rozumiem... To dlatego ojciec nie pozwalał bawić mi się z Alexsem! Bo on jest Asasynem! No ale żeby ja?!
   Podeszła do mnie pewna kobieta, gdzieś tak w moim wieku. Około 21 lat. 
-Witaj w Bractwie, Alice. Oprowadzę cię. Zwą mnie... -przerwała
-Anna? -powiedziałam z nadzieją w głosie
-Nie, Amanda. Chodź, nie marnujmy już czasu, muszę cię oprowadzić i wszystko opowiedzieć.
-Ale dlaczego wybraliśmie MNIE na Asasynkę?
-Bo masz to w sercu, to widać.
   Amanda pokazywała mi różne pokoje, zejścia, wejścia, wyjścia, korytarze, itp... . Wszystko dokładnie opisywała i opowiadała o tym jak chodząca encyklopedia, a ja jak głupia zapisywałam każde jej słowo i na samym końcu dzienniku rysowałam plan tej niesamowitej piwnicy.
-A tutaj będziesz spędziać puki co najwięcej czasu. To będzie jakby twój pokój, ale będziesz musiała dzielić go z Alexsem i ze mną. No to na co czekasz? Rozgość się. 
Od razu rozwiesiałam łapacze snów, nie wiem po co, ale niech sobie wiszą. Po jednym nad każdym łóżkiem, jeden nad drzwiami wejściowymi i kolejny w korytarzu.
-Ładnie... -powiedziała z uśmiechem Amanda
Ja również się uśmiechnęłam.
-Zacznijmy pierwszą lekcję. Notuj sobie, ta wiedza ci się przyda.
-...Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone...to są wasze słowa...prawda?
-Tak. Skąd je znasz?
-Moja matka mi je powiedziała, gdy byłam młodsza.
-To dobrze.
Amanda wręczyła mi jakieś...coś. Sama miała podobne na ręce.
-To teraz będzie twoją bronią. Używaj go rozważnie i nie pozwól splamić twego ostrza krwią niewinnych.
-Ale jak tego używać? I co to jest?
Amanda zrobiła mi wykład. Dopiero po skączonej lekcji pokazała mi jak tego używać.
-Załóż to na rękę i odpowiednio dopasuj, zasznuruj oraz zapnij pasy. To kułeczko załóż na mały palec. Szarpnij ręką i rozłóż palce.
Założyłam to na lewą rękę, i według instukcji Amandy dopasowywałam. Szarpnęłam ręką, a z skórzanej...nie wiem jak to nazwać, ale wysunęło się z tego jakby sztylet? Zachwiciła mnie ta broń.
-Uważaj jednak, nie pozwól, aby to zmieniło się w potwora. Jesteś Asasynką, teraz naucz się pozostać człowiekiem... -powiedziała Amanda wychodząc. 
Zostałam sam na sam z nową "zabawką".
                  Już zupełnie inna, 

Alice

niedziela, 4 maja 2014

Dziennik Sambora ,Wpis Piąty


                                         23 Kwietnia 1772

      Byłem sam. Byłem sam jak palec. Wokół mnie były tylko drzewa i krzewy. Nie było sarenek ani innych zwierząt. Byłem tylko ja. Ten sam Sambor. Za plecami wiał wiatr i padał deszcz. Lało jak z cebra a ja nie miałem płaszcza. Byłem cały mokry a po twarzy spływały mi łzy. Straciłem wszystko. Straciłem dom i moich przyjaciół. Dlaczego tak mówię? Ponieważ już nigdy ich nie zobaczę a nawet jeżeli to albo zza krat albo będąc w niebie jedną nogą zobaczę jak patrzą na mnie ,kiedy umieram na szubienicy. Jestem przestępcą bo znam prawdę. Jestem złoczyńcom bo poznałem plany Rosji. Jestem biedakiem choć jestem bogaty w wiedzę. Znam sekret państwa. I znam jego koniec. Rozbiory ,Bitwa ,Krew to ma czekać mój kraj za parę lat. A ja już nic na to nie poradzę.
      Jednak pozostawiłem ten temat na później i schowałem się w bliskiej grocie. Trzęsłem się z zimna ,lecz już nie lało mi w twarz. Na razie byłem spokojny. Chciałem rozpalić ognisko ,ale nie miałem suchego drewna ,więc musiałem to sobie też odpuścić na później. Usiadłem na kamieniu i zacząłem rozglądać się po ścianach groty. Nie zobaczyłem nic interesującego ,oprócz martwego szczura. Patrzyłem tak na niego przez pięć minut i zacząłem się nad czymś zastanawiać. Zastanawiałem się nad szczurem. Nie wyglądał na starego. Nie było nad nim much ani smrodu ,który towarzyszy zwłokom. Szczur najprawdopodobniej musiał zginąć nie dawno. Mówiąc nie dawno ,przed chwilą. Dokładnie sprawdziłem szczura. Kucnąłem nad nim i mu się przyglądałem analizując jego budowę. Patrzyłem na głowę ,była cała. Potem na tułów. Miał dość poważną ranę ,która była jednocześnie dziurą. Jakby ktoś przestrzelił tego gryzonia na wylot. Ale po co strzelać do szczura. To jest tak samo idiotyczne jak budować stajnie nie mając konia. Usiadłem ponownie na kamieniu i patrzyłem na szczura i myślałem ,,Wygląda na świeżego ,więc został zabity nie dawno. Nie mógł zostać przez zwierze ponieważ zwierze zjada w całości i prawdopodobnie teraz bym na niego nie patrzył. Ale z drugiej strony to jest bardziej prawdopodobne ,niż to ,że zrobił to człowiek ,bo kto zabija szczura pistoletem?". Jednak nagle zobaczyłem małą dróżkę krwi ,która prowadziła od gryzonia do ściany. Wstałem i poszedłem w stronę ściany. Zauważyłem ,że po niej spływa krew a robiąc ruch głową od dołu do góry zauważałem coraz więcej krwi. W końcu to zobaczyłem. Malutki symbol wymalowany na ścianie krwią. Nie musiałem myśleć ,że była to nazbierana krew szczura ,która teraz widniała na ścianie i przerażała mnie w każdym swoim milimetrze. Był to dziwny symbol ,który na pewno nie jest malowany przez jakiś malarzy. Był to symbol ,który pierwszy raz widzę. Zacząłem się mu przyglądać i zastanawiałem się co on oznacza. W pewnym momencie wyostrzyłem wzrok i symbol się zmienił. Teraz był koloru złotego a potem zmienił się na biały. Przestraszyłem się i upadłem na podłogę nie spuszczając wzroku z symbolu. Patrzyłem tak na niego i patrzyłem ,aż w końcu usłyszałem za sobą odgłosy czyiś kroków. Wstałem ,obróciłem się i zobaczyłem ,że stoi przede mną starszy facet. Nie wiedząc czemu świecił się na niebiesko. Zmrużyłem oczy i jeszcze raz na niego popatrzyłem. Teraz się nie świecił i wyglądał normalnie. Był ubrany jak biedak. Nosił szary płaszcz ,który był cały potargany i usmolony w błocie. Buty miał dziurawe a spodnie które miał na sobie były brudne od krowiego łajna. Miał na sobie słomiany kapelusz ,który zakrywał mu twarz. Z jego ciała unosił się smród ,który od razu rozprzestrzenił się na całą grotę. Prócz tego miał na sobie opaskę na której był jakiś symbol ale wolałem go na razie zostawić w spokoju i zacząłem analizować jego twarz. Miał lekki zarost a koło buzi miał lekką bliznę. Nie mogłem powiedzieć jaki miał kolor oczu. Jedyne co mogłem jeszcze o nim powiedzieć to to ,że i na twarzy miał brud. Ogólnie był cały brudny ,oprócz jednej rzeczy. Opaski. Tylko ona była cała biała i czysta. Na niej był też symbol ,któremu teraz mogłem poświęcić trochę mojej uwagi. O mało nie zemdlałem. To był ten sam symbol co na ścianie. Tego samego koloru i tego samego kształtu symbol widniał na ścianie groty. Jak dla mnie był to szok. Pomyślałem ,że ten facet jest z jakiegoś innego kościoła ,który toleruje zabijanie zwierząt i malowanie tych symboli na ścianie krwią ich ofiar. A co jak zabija i ludzi. A co jak chce mnie zabić i moja krew ma skończyć na ścianie. Nie mogłem pozwolić na taki koniec. Ruszyłem na niego z zaciśniętą pięścią ,która miała się niby znaleźć na jego twarzy. Jednak on był sprytniejszy i szybszy. Podciął mnie swoją ubłoconą nogą i ległem na ziemię. Kiedy tak leżałem na ziemi ,on zdążył zrzucić z siebie kapelusz i płaszcz i pokazać ,że spoczywają na nim białe szaty i kapturem ,który od razu wrzucił na głowę. Kiedy się już pozbierałem i stałem na własnych nogach wybiegłem z groty i uciekałem byle dalej. Na dworze nadal padał deszcz a ja przez niego biegłem. Nie patrzyłem się przez chwilę za siebie i biegłem tak szybko jak mi pozwalały na to nogi. Słyszałem ,że za mną biegnie ale nie wiedziałem ,że nie jest na ziemi. Kiedy ja twardo biegłem po ziemi on z zwinnością małpy skakał nade mną po drzewach to z gałęzi na gałąź. Był niestety szybszy ,ponieważ w pewnym momencie zeskoczył z gałęzi i wskoczył na mnie powalając mnie. Leżałem już tak i czekałem na swój koniec. Czekałem aż mnie zabiję a moją krwią wymaluję na ścianie wielki symbol. Czekałem na to i pomyśleć ,że jeszcze nie dawno myślałem ,że zginę na szubienicy. A jednak zostanę zabity przez człowieka ,który teraz stojąc nade mną wyciągnie nóż i mnie przedziurawi jak tamtego szczura. Ale on jednak podał mi rękę i powiedział:

      -Wstawaj!

  Co mogłem zrobić? Wstałem i strzepnąłem z siebie resztki trawy i odparłem:

     - Nie chcesz mnie zabić?
     - Uwierz mi ,gdyby to było moje zadanie to prawdopodobnie już byś leżał w trumnie.
     - Czyli jestem... bezpieczny - odparłem ze strachem ,ponieważ jego zdanie mocno mnie przeraziło
     - Nikt już nie jest bezpieczny ,chodź nie daleko stąd jest mój koń.
     - Zamierzasz mnie ,gdzieś zawieść.
     - Wiesz gdzie jest Poznań?
     - Raz tam byłem ,ponieważ potrzebowałem...
     - Mam gdzieś co potrzebowałeś - odparł z nieprzyjemnym tonem - Ruszasz do Poznania.
     - Ale mamy jednego konia - powiedziałem ze przekonaniem ,że tą podróż przełożę na kiedy indziej.
     - Pojedziesz sam - odparł - kiedy dojedziesz poszukasz pewnej osoby.

   I zaczął mi podawać pewien mi znajomy opis. Z początku ,myślałem ,że chodzi o jakiego zabójcę ,bo wszystkie cechy wyglądu wskazywały ,że ewentualnie spotkam na swej drodze morderce. Ale kiedy mi powiedział ,że jest to handlarz bronią od razu przypomniałem sobie mojego nie dawnego klienta. Tym klientem był Mieczysław.