czwartek, 20 lutego 2014

Dziennik Alice, Wpis Trzeci

14 kwietnia 1772 rok, Wpis trzeci

   Całą wczorajszą noc nie mogłam zasnąć i to nie tylko z powodu Egreta...dużo myślałam też o zachowaniu Sambora.
Chyba nie zbyt mnie słuchał i nie zrozumiał tego co do niego mówiłam... .
No ale co? Trudno się mówi, dalej się żyje.
Około godziny ósmej rano zrobiłam Jakubowi śniadanie, ja sama nie zdążyłam zjeść.
Już prawię wyszłam z domu...no i Jakub mnie zatrzymał.
No przecież nie powiem mu po co tak na prawdę idę, bo nie pozwoli mi wyjść z tych czterech ścian.
Znowu musiałam skłamać. Tym razem powiedziałam, że idę na polowanie. I tym razem też mnie puścił.
Po wyjściu wpadłam do Sambora porozmawiać o wczorajszym wydarzeniu.
"Może pomóc mi szukać Egreta, przecież to jego przyjaciel, na pewno zechce mi pomóc"-myślałam.
Trochę nieobecna szłam do jego gospody. Weszłam Sambor bardzo milo mnie ugościł herbatką i ciasteczkiem.
Po chwili milczenia rozpoczęłam rozmowę. Jednak chyba mnie nie słuchał, tylko się na mnie patrzył, jakby tylko czekał aż skaczę gadać.
Więc przeszłam do rzeczy: "Czy pomożesz mi odnaleźć Egreta" -spytałam. Odpowiedzi nie uzyskałam. Podziękowałam mu za gościnę i wyszłam.
Była już godzina 12.30-bardzo się u niego zasiedziałam. Na początku nie wiedziałam gdzie iść-przecież mógł być wszędzie.
Pytałam przechodniów na mieście czy może go nie widzieli, jednak większość nawet nie odpowiedziała.
Szłam więc dalej, odwiedziłam karczmy, bary, lecz tam też go nie było. Na żadnym targu lub w sklepie.
Zaczęłam przeszukiwać łąki i pola. Następnie tereny podmokłe i obok zbiorników wodnych. Szukałam, szukałam, lecz znaleźć nie mogłam.
To jak szukanie igły w stogu siana, w stogu ogromnego siana. Zaczęłam kręcić się przy lasach, jednak jeden omijałam szerokim łukiem.
Wielki czarny las w którym, aż pełno jest stworzeń, które tylko czekają aby cię zjeść. Żaden człowiek, który tam wszedł już nie wyszedł.
"Wejdę tam tylko w tedy, gdy będzie to konieczne."-pomyślałam. W jednym z mniejszych lasków zauważyłam stado zająców-jak można nie skorzystać z takiej okazji?
Wyjęłam łuk i trzy strzały. Powoli naciągałam cięciwę i puściłam strzałę, która wbiła się prosto w kark jednego z większych zająców.
Reszta stada się spłoszyła, no cóż, nigdy nie będziesz miał wszystkiego czego chcesz lub pragniesz. Długo szukałam go w lasach lecz bez skutku.
Przygnębiło mnie to, że nie umiem odnaleźć osoby na której tam mocno, tak bardzo mi zależy. Zostały już tylko dwa miejsca do przeszukania: pałac i czarny las... .
Więc skierowałam się w stronę zamku. Słońce powoli chowało się za choryzontem. A gdy doszłam już do murów panowała już całkowita ciemność.
Okna, które zawsze dawały światło zgasły. Wydawało się, że wpałacu nikogo nie ma.
Obserwowałam ten budynek bardzo długo, aż z mojej ciekawości wdrapałam się na drzewo znajdujące się obok największego okna.
Nic podejrzanego nie widziałam ani nie słyszałam. Wskoczyłam i to był mój OKROPNY błąd. Nagle dwójka strażników wyszła z ukrycia.
Złapali mnie za obie ręce. Desperacko próbowałam uwolnić się z ich uścisków, jednak bezskutecznie.
Bo co taka drobna, niska kobieta może zrobić taki strażnikom? Trzymali mnie bardzo mocno, jakby mięli mi za chwile zmiażdżyć kości.
Krzyczałam z bólu. Po chwili przyszedł rycerz, jednak nie wyglądał jakby chciał mi pomóc. Wręcz przeciwnie miał złowrogi wyraz twarzy.
Wyjął miecz przeczuwałam że to może być już koniec mojego życia. Po mej bladej twarzy spłynęła jedna mała łza.
Gdy rycerz wykierował miecz w moją stronę kopnęłam go w ten sposób, że miecz wypadł mu z ręki.
Robiłam tak ze trzy razy, aż w końcu za czwartym razem podsunęłam miecz pod moje stopy. I wrednie skakałam po nim, wyginając go.
W w tedy rycerz był, aż czerwony ze złości! Kazał wtrącić mnie do lochu. Musieli mnie targać, gdyż ja sama nie chciałam iść. No i cóż?
Byłam już w lochu. OKROPNIE TAM ŚMIERDZIAŁO! Ale to nie było moje największe zmartwienie... .
Czułam się tak, jakby nie było dla mnie jutra. Przeczuwałam, że chcą mnie zabić. W powietrzu unosił się również zapach krwi-przeraziło mnie to.
Musiałam obmyślić jakiś plan ucieczki, jednak najpierw napisałam list. List do mojej siostry-Anny. Długo nie miałam z nią żadnego kontaktu.
Może się ucieszy, że w końcu dałam jej znak, ale gdy przeczyta resztę listu... . Nie chcę zniszczyć jej życia... Będzie miała pewnie poczucie winy, że nie mogą mi pomóc...moja siostra to skarb,a moje ostatnie słowa w życiu skieruje właśnie do niej.
I teraz tak mocno sięgam w pamięć...Alex nauczył mnie polować i tropić, a Anna nauczyła mnie kochać i żyć.
To dla niej ciągle polowałam-jest ciężko chora, a leki kosztują fortunę. Prawie cały mój dorobek oddaję mojej siostrze.
A jeśli umrę...? Kto jej pomoże...? Spłynęła koleja zła... . Muszę obmiślić plan ucieczki i to zaraz! To będzie gra o życie.
Już zaczęłam myśleć i pisać a tu nagle w żelaznych klatach ujrzałam znajomą sylwetkę... .

Alice

wtorek, 18 lutego 2014

Dziennik Sambora ,Wpis trzeci.

 

                                                                  14 kwietnia 1772

   Ostatni wpis zakończyłem tym ,że spotkałem kobietę. To dość przełomowy moment mojej historii ponieważ po raz pierwszy poczułem to uczucie o których wszyscy poeci piszą. Ujmując to jednym zdaniem... Zakochałem się. Stałem tak przybity w ścianę i patrzyłem jak jej zwinna sylwetka przeskakuję to z drzewa na drzewo. Była wygimnastykowana natomiast co do wzrostu ,zaliczała się do tych osób co jak na nie patrzysz masz wrażenie ,że kiedy do niej mówisz to mówisz do podłogi. Była niska ale była piękna. Jej włosy odbijały promienie słońca. Kiedy tak na nią patrzyłem nie zauważyłem ,że w tym samym czasie Egret ma kłopoty. Zorientowałem się kiedy piękna nieznajoma ,spojrzała na mnie wzrokiem mówiącym ,,Co się patrzysz". Jednym zwinnym ruchem ,odwróciłem głowę i spojrzałem na Egreta. Zobaczyłem kogoś jeszcze. Mojego znajomego i króla. Mieli dość poważne miny i oboje patrzyli na Egreta. On sam też nie miał najlepszej miny ,więc wywnioskowałem ,że to nie jest najlepsza rozmowa w życiu mojego przyjaciela. Patrzyłem tak na nich przez chwilę. W końcu przestałem się patrzyć na nich ,kiedy dotknęła mnie czyjaś ręka. Była to... Ona. Z daleka wyglądała bardzo ładnie ale teraz wyglądała przepięknie. Przez jedną sekundę zapamiętałem w niej wszystko to co jest w niej piękne. Jej kolor oczu ,gładką skórę ,jasne włosy ,malutkie i cieniutkie brwi oraz jej małe usta. Patrzyłem się tak na nią jeszcze przez pewien czas ,dopóki się nie odezwała. Mówiła jakieś bzdury na temat ,czemu się na nią gapiłem lub w stylu ,czy my się znamy. Kiedy ona coś mówiła ,ja nadal patrzyłem na jej usta. Kiedy tak na nie patrzyłem czułem ,że zaraz ją pocałuję. Na szczęście się powstrzymałem ,bo gdybym to zrobił za pewne zaraz by mnie tu nie było. I tego pałacu też. W końcu się odezwałem. Ale nie wiem czy zrobiłem dobrze. Powiedziałem:
          -Sambor.
          -Co?
    Wtedy sobie zdałem sprawę ,że nie usłyszałem  ,wcześniejszego pytania. Odpowiedziałem to co przyszło mi na język. Teraz patrzyła się na mnie ze zdziwieniem a jej oczy przybrały rozmiar jednej monety o wyższej wartości. Z tym wyrazem twarzy wyglądała dość śmiesznie i musiałem się mocno powstrzymać przez atakiem śmiechu. W końcu postanowiłem kontynuować rozmowę. Jednak coś mnie powstrzymało. Był to strażnik ,który padł trupem na ziemię. W jego klatce piersiowej pojawił się sztylet. Poznałem ten sztylet. To ten ,który wykułem dla Egreta. Był cały w krwi podobnie jak strażnik. Wtedy spojrzałem na Egreta. Uciekał. A ja wyszedł za ściany i wyciągnąłem sztylet z piersi strażnika. Jeden mocny ruch i go wyciągnąłem. Wtedy usłyszałem gruby ton ,,Łapać go". Był to ten sam facet co ,wcześniej mnie tu miał sprowadzić a za jego słowami ruszyło na mnie dwóch strażników. Kiedy na mnie ruszyli ,krzyknąłem do mojej towarzyszki ,,Uciekaj' a ona jednym dobrze oddanym skokiem ,wyskoczyła przez okno. Teraz miałem na sobie dwóch strażników uzbrojonych w ciężkie miecze i żelazne zbroję. Atakować ich to samobójstwo ale poddanie się to też pewna śmierć. Przybrałem dobrą pozycję a sztylet skierowałem do przodu. Napiąłem wszystkie mięśnie i skupiłem się na przeciwnikach. Wtedy się zaczęło. Jeden z napastników ,żeby mnie zabić postanowił zrobić taki ruch mieczem ,jakby chciał uciąć mi głowę. Ja klęknąłem ,powodując ,że stal przeszła mi nad głową i kiedy przeszła nad moją głową ja od razu przybrałem dawną pozycję. Na mojej twarzy pojawiła się kropla potu a na twarzy przeciwnika... zdziwienie. Jeszcze raz zaatakował ,tym razem zrobił ruch jakby chciał mi wbić miecz prosto w brzuch. Ja zrobiłem obrót w prawo ,powodując ,że mój przeciwnik znowu chybił. W końcu zaczął wymachiwać tym swoim mieczem na wszystkie strony tak jakby chciał mnie pociąć jak rzeźnik ,świnię. Ja robiłem ciągle uniki do tyłu nie dając się dotknąć mieczem. Napastnik nadal mnie atakował a jego przyjaciel patrzył jak próbuję mnie trafić. Moje uniki trwały dość długo ,dlatego jednym ruchem sztyletu ,zablokowałem jego ruch mieczem i wyrwałem mu go z ręki a sztylet wbiłem mu pomiędzy oczy. Na cały pałac ,rozniósł się krzyk a potem upadek trupa. Mój przeciwnik padł ale został jeszcze jeden ,który ze wściekłością ruszył na mnie. Zacząłem parować jego ciosy ale każda próba była nie udana. Walczyliśmy tak do momentu kiedy ten zrobił ruch mieczem ,który prawdopodobnie miał mi odciąć stopy od reszty ciała. Ja podskoczyłem i podczas skoku zadałem cios mieczem. Rozciąłem przeciwnikowi gardło. Kiedy już padł ,rzuciłem miecz na ziemię i popatrzyłem w stronę okna. Nie było już tam mojej nowej znajomej. Były tylko drzewa. Następnie popatrzyłem w stronę króla. Patrzył na mnie z przerażeniem. Kiedy tak na mnie patrzył rzuciłem w jego stronę słowa ,, Niech będzie pochwalona Wasza Wysokość" .I wyskoczyłem przez okno prosto w stóg siana. Przeżyłem.

Dziennik Egreta, Wpis Trzeci

14 kwietnia 1772

Wpis trzeci

Po wyposażeniu się u Sambora poszedłem prosto do pałacu.
Idąc próbowałem unikać patrolów, przez całą drogę było ich około sześć.
Kiedy dochodziłem do pałacu zauważyłem rycerza na białym koniu.
Szybko ukryłem się za najbliższym drzewem i chwilę go obserwowałem.
Kierował się do rynku, pomyślałem "zbliżają się kłopoty".
Ale to nie było moje największe zmartwienie.
Przy wejściu stało dwóch strażników, zapytali kto idzie ale kiedy zobaczyli moją twarz od razu zamilkli.
Jeden wybełkotał, że nie mogę wejść do pałacu uzbrojony.
Więc zciągnąłem miecze, wyciągnąłem noże i dwa sztylety przy pasie.
Specialnie zostawiłem dwa sztylety w butach bo wiedziałem, że bez nich nie wyjdę stąd żywy.
Jeden z nich mnie obszukał i niczego nie znalazł, pomyślałem : "gdzie szkolą takich idiotów".
Kiedy skończył powiedział, że mogę iść, kiwełem głową i poszedłem przed siebie.
Zza pleców usłyszałem : zwołaj posiłki i poinformuj króla.
Uśmiechąłem się ironicznie, cały pałac na mnie patrzył jak na jakiegoś przestępce, a ja se spokojnie szedłem.
Kiedy dotarłem przed sale tronową spotkałem dwóch strażników.
Powiedziałem:
-Idę na audiencję do króla, przepuśćcie mnie!
-Niestety, król jest zajęty, będziesz musiał poczekać.
-To chociaż zawiadomcie go, że tu jestem.
-Ooo, to na pewno zrobimy.
Pomyślałem, że to pewnie jakiś podstęp, ale w tej chwili obaj weszli do komnaty króla.
Czekałem stałem tam 20 min aż zacząłem chodzić w kółko.
Minęło kolejne 40 min, zacząłem się denerwować, pomyślałem, że zwojują posiłki przez drugie wejście.
Porozglądałem się w okół, zauważyłem niedaleko mnie Sambora obserwującego mnie.
Udawałem, że go nie widzę. 2 min później wyszli ci dwaj strażnicy.
Powiedzieli, że król mnie wzywa.
Podeszli do mnie stanęli z dwóch stron, obejrzałem się jeszcze raz na Sambora.
Wtedy zobaczyłem również Alice! Pomyślałem: CO TA DZIEWCZYNA TAM ROBI!
Ale teraz to było nieistotne, właśnie miałem się zobaczyć z królem.
Przekraczając próg drzwi zobaczyłem : dziesięciu rycerzy obok króla, pięciu z lewej i zprawej.
Stali szykiem. Było jeszcze dodatkowo czterech przy drzwiach, plus dwaj co mnie prowadzili.
Czyli łącznie było ich szesnastu. Hmm czekałem godzinę a król sprowadził tylko szesnastu ludzi?
To było podejrzane...
W końcu przemówiłem:
-Królu co ma znaczyć podpalenie mojego domu w czasie gdy śpię?!
-To ja się ciebie pytam co ma znaczyć zabicie czterech królewskich rycerzy?!
-Ci rycerze podpalili mój dom, oraz chcieli mnie zabić, musiałem się bronić.
-Musiałeś? Najpierw krytykujesz moją postawę polityczną, a teraz zabijasz królewskich rycerzy.
Niniejszym na podstawie tych dowodów i twojego przyznania się do winy, ogłaszam cię wrogiem państwa!Pojmać go!
-Tak k*rwa jeszcze czego.
Wtedy wyciągnąłem te dwa sztylety z butów.
Ruszyli na mnie najpierw strażnicy drzwi.
Pierwszym dwóm wbiłem je między oczy, kolejnemu rozciąłem pierś, a następnemu podciąłem gardło.
Pozostała dwójka spróbowała za dać mi cios, trafili mnie w pierś i żebro.
Uznałem, że nie wygram tej bitwy, dlatego wbiłem im sztylety w brzuchy i ruszyłem do okna.
Biegłem krwawiąc, po drodze dwójka ze stojących przy królu chciała mnie zranić, lecz bezskutecznie.
Kiedy byłem metr od okna skrzyżowałem ręce na głowie i skoczyłem.
Szkło rozbiło się w drobny mak kilka kawałków pocięło mi ręce ale niezbyt poważnie.
Wpadłem w krzaki jakiś kwiatów, dokładnie nie wiem jakiś ale dobrze zamortyzowały upadek.
Szybko pobiegłem w stronę wejścia do zamku, po co? a no właśnie, że chciałem odzyskać miecze.
U wejścia byli ci sami dwaj co przedtem, trzęśli się. Wydarłem się na nich, żeby oddali moje miecze, albo ich zabije.
Rzucili mi je prosto pod nogi, oraz moje noże do rzucania i uciekli do zamku, ja założyłem miecze na plecy i ruszyłem w miasto, biegłem w kierunku lasu.
Po drodze potrąciłem kilku ludzi, sam prawie się nie wywalając.
Goniły mnie trzy patrole, ale jakoś zdołałem im uciec.
Minąłem stajnie wskoczyłem na usiodłanego konia i ruszyłem, sprzedawca zaczął wyklinać więc rzuciłem mu około 50 monet pod nogi.
Po dziesięciu minutach byłem już w lesie. Rozbiłem mały obóz, na szczęście koń miał na sobie tkaninę z której zrobiłem prowizoryczny namiot.
Zająłem się opatrywaniem ran, znalazłem kawałek szkła wbity w mój bok.
Rana mocno krwawiła, dziwiłem się, że wcześniej nie poczułem potężnego bólu.
Wyciągnąłem kawałek szkła z ciała, urwałem kawałek tkaniny z "namiotu" i zabandażowałem ranę.
Poszukałem drewna na opał oraz kamieni do rozpalenia ogniska.
Po pięciu minutach udało mi się rozpalić ogień. Poszedłem zapolować.
Udało mi się znaleźć dwa króliki, szybko rzuciłem w nie moimi nożami do rzucania, oba wbiły się im prosto w ich małe główki.
Oskórowałem je i odciąłem głowy, zacząłem je smażyć nad ogniskiem. Po kolacji zgasiłem ognisko, żeby mnie nie znaleźli i położyłem się spać.
Myślałem nad tym gdzie się udam i co zrobię i wymyśliłem...

poniedziałek, 17 lutego 2014

Dziennik Mieczysława, Wpis drugi

Dziennik Mieczysława, Wpis drugi

Środa 17 kwietnia 1772 rok

Dzień nie był słoneczny, wiał zimny wiatr. W powietrzu czuć było tajemniczość. Dziś był dzień, w którym miałem od kowala Tomasza odebrać specyficzny sztylet dla zakapturzonego gościa.
Tajemniczy mężczyzna przyszedł go odebrać, zapłacił dużą sumę 500 złotych.
 Wyszedł bez słowa, kilka godzin później pytali o niego w całym mieście. Nawet strażnicy zawitali do mojego sklepu i przepytywali mnie. Zapytali co kupił, czy mówił do czego potrzebuje tego sztyletu itp.
Na koniec ,,przesłuchania” powiedzieli, że jest to niebezpieczny mężczyzna, i jeśli jeszcze kiedykolwiek go zobaczę mam się z nimi skontaktować. Powiedziałem, że to zrobię, lecz nie zamierzałem tego robić i z nimi współpracować, ponieważ nie raz zabierali mi produkty lub pieniądze.
Gdy wyszli ujrzałem tajemniczego mężczyznę na dachu budynku obok. Nagle skoczył na dwóch strażników, zabijając ich. Byłem w szoku. Szybko wszedł do mojego sklepu z ciałami martwych strażników, mówiąc, że nie ma czasu na wyjaśnienia i muszę go przenocować. Bałem się, że może mnie zabić, więc wskazałem mu pokój…

poniedziałek, 10 lutego 2014

Dziennik Alice, wpis drugi

Wtopiłam się w tłum i szłam tak aż do murów zamku.
Potem unikałam strażników jak ognia, na szczęście żaden z nich mnie nie widział, ale mimo to czułam na sobie czyjś wzrok.
Wysoko z balkonu patrzył się na mnie jakiś mężczyzna.
Możliwe, że to był ten sam człowiek, którego widziałam wcześniej na koniu.
Nie wiedziałam co mam o nim myśleć... .
Postanowiłam jednak wspiąć się tam do niego.
Podczas tej wspinaczki o dziwo zauważyłam Egreta, szedł gdzieś z dwoma dobrze zbudowanymi ludźmi.
Jednak oni też mnie nie zauważyli, chociaż mało brakowało.
Wspinałam się dalej aż dotarłam do tego "obserwatora".
Okazało się, że to Sambor.
Zapytałam się go w prost co tu robi i co robi tu Egret, o ile go zna... .
Odpowiedział, że to tamten rycerz na koniu go tu przyprowadził, a potem wspiął się tam aby uniknąć królewskiej służby.
A co do Egreta...no właśnie podobno uważano go za wroga politycznego kraju, gdyż zkrytykował postawę władcy, który podpisał dokument o oddaniu ziem polskich Rosji... .
Czyli mogę stracić dom, rodzinę i kawałek siebie.
Ziemie ojczystą powinno bronić się, za wszelką cenę, a nie oddawać ROSJANOM.
Nie mogę do tego dopuścić, po prostu nie mogę!
Sambor musiał uspokajać mnie z jakieś dwie minuty.
A potem zauważyliśmy postać zmierzającą do zamku.
Słyszałam kroki, coraz to głośniejsze postanowiliśmy ukryć się w najbliższej komnacie.
Gdy tylko się schowaliśmy do komnaty weszli trzej strażnicy, wiedziałam, że za chwilę nas zobaczą i prawdopodobnie zabiją.
Dałam więc Samborowi jeden sztylet i cztery noże do rzucania.
Podszedł pierwszy i padł od dźgnięcia srebrnym mieczem w plecy, drugi zginął podobnie a trzeciego dosięgnął zabójczy nóż Sambora.
Po tych zabójstwach przebrani w stroje strażników wyszliśmy z zamku.
Sambor powędrował do kuźni, a ja najpierw do sklepu po chleb, wino i miód dla Jakuba, a potem już prosto do jego gospody.
Jednak nikogo nie było w domu, więc musiałam wejść przez okno.
Późnym bardzo późnym wieczorem zjawił się Jakub, a Egreta ciągle nie było.
Rozwiesiłam po domu trzy łapacze snów i próbowałam zasnąć.
Jednak bezskutecznie. Cały czas myślałam o Egrecie, martwiłam się o niego.
Mijały minuty, godziny, a go ciągle nie ma. Niechaj Bóg ma go w opiece... .

Alice

niedziela, 9 lutego 2014

Dziennik Sombora ,Wpis Drugi

                                               
                                                        13 kwiecień , Wpis Drugi


      Moja opowieść zakończyła się wtedy kiedy miałem wyjść na zewnątrz ,ponieważ usłyszałem odgłosy koni. Teraz do niej wracam choć jest to historia ,dość nie przyjemna dla mnie. Wyszedłem na dwór a tam czekał na mnie uzbrojony mężczyzna. Siedział na koniu i przez chwilę patrzył na mnie. Takich jak on było w Polsce kilku a jednak wydawał się inny. Miał piękne szaty wypełnione szlachetnymi kamieniami a na jego głowie widniał żelazny hełm. Był w średnim wieku a twarz całą w bliznach. Miał blond włosy i wydał się być wesoły. Ale wcale nie był. Okazało się ,że jego celem była moja kuźnia i miał mi do przekazania ważną wiadomość.Jednym zwinnym ruchem zszedł z konia i wyciągnął miecz i wymierzył nim w moją stronę. Choć był groźny ja się go nie bałem. Nie mógłby mnie zabić no chyba ,że ma powód. Ale widać było ,że pochodzi z lepszej rodziny i gdyby chociaż mnie tknął okrył by całą swoją rodzinę hańbą. W końcu się odezwałem:
                     - Czego chcesz drogi przybyszu.
                     - Sambor? - powiedział a z jego ust wydobył się dość nieprzyjemny zapach.
                     - Tak ,to ja - odpowiedziałem spokojnie.
                     - Pójdziesz ze mną... Do króla.
                     - Dlaczego miałbym odwiedzać króla o takiej porze.
                     - Każda pora jest dobra do odwiedzenia władcy.
       Myślałem z początku ,że to podstęp ,więc wymyślałem argumenty ,które miały by mnie ochronić przed spotkaniem z królem. Niestety nieznajomy był lepszy i w ciągu następnych 10 minut byłem już na koniu w drodze do Pałacu. Kiedy dotarliśmy na miejsce ,kazał mi zostać na koniu a on sam udał się do siedziby. Czekałem godzinę a potem stwierdziłem ,że nie mam na co czekać. Zsiadłem z konia i postanowiłem sam się udać do środka. Konia przywiązałem do słupa i wszedłem przez bramę do ogrodu. Żeby nie wpaść w łapy strażników musiałem się mocno skradać i mieć wyczulone wszystkie zmysły. Wejście do środka polegało na tym by wejść na dach a potem wskoczyć na balkon a z balkonu do środka. Miałem szczęście bo mogłem trafić w ręce sługów władcy ,którzy przechodzili koło balkonu. Potem moim celem stał się ten co mnie w to wszystko wrobił. Lecz zamiast niego spotkałem starego znajomego Egreta. Chodził po korytarzu i widać było ,że na kogoś czeka. Z minuty na minutę był to coraz bardziej nerwowy ,aż w końcu wyszedł. Nie podobało mi się to ale w końcu pojawił się mój cel. I nie był sam. Koło niego był silnie zbudowany mężczyzna ,który miał dość smutną minę. To samo było widać po moim znajomym. W końcu zaczeli do siebie gadać ,niestety mówili za cicho więc musiałem się zbliżyć. Rozmawiali o Egrecie. Nie były to zdania ,które chciałem usłyszeć. Uważali go za wroga politycznego państwa ,ponieważ skrytykował postawę króla. Wtedy dowiedziałem się dlaczego. Król podpisał dokument umożliwiający oddanie ziem polskich Rosji. Nie widziałem jakie to były ziemie ale moja rodzina mieszka na granicy. Więc jeśli mają dołączyć ziemie polskie do Rosji to na pewno i ziemie mojej rodziny. Wtedy zauważyłem kogoś jeszcze. Była to kobieta.

Dziennik Egreta, Wpis drugi

13 kwietnia 1772
Wpis drugi.

Obudził mnie dym i JAKAŚ KOBIETA!
Drze się do mnie wstawaj, a ja półprzytomny wstaję i szybko chwytam za sztylet, który miałem przy łóżku.
Przybiłem ją do ściany, która powoli zaczęła się już palić.
Przyłożyłem jej sztylet do szyi i zapytałem skąd się tu wzięła.
Powiedziała, że próbuje mnie ratować.
Odstawiłem sztylet po czym zbiegłem na dól schodami.
Wyważyłem drzwi i wbiegłem razem z nią na zewnątrz.
Powiedziała mi, że to jeszcze nie koniec i wtedy zobaczyłem...
Czterech królewskich rycerzy, którzy podpalili mój dom i chcieli mnie zabić.
Poprosiłem "ją" o pomoc w walce, a ona odpowiedziała, że z przyjemnością się zabawi.
Ruszyli na nas szturmem, "ona" była uzbrojona w miecz i łuk, nie to co ja.
Ja miałem tylko marny sztylet, kiedy pierwszy do mnie podbiegł nie czekałem, aż zaatakuje.
Wiedziałem, że mam marne szanse ze sztyletem, dlatego rzuciłem go prosto w napastnika.
Sztylet wbił mu się prosto w głowę.
Kiedy padał na ziemię, szybko wyrwałem miecz z jego ręki.
Ruszyłem na drugiego, okazał się być słabym szermierzem.
Szybko sparowałem jego ciosy i wbiłem mu miecz w pierś.
Ruszyłem pomóc tamtej kobiecie ale ona już pokonała pozostałą dwójkę.
Podziękowałem za pomoc ruszyłem do furtki, bo akurat w tym momencie dom zaczął się walić.
Kiedy wyszliśmy już za posesję spytałem jak ma na imię, odpowiedziała, że ma na imię Alice.
Spytałem ją jak tu się znalazła...
Opowiedziała mi, że mnie śledziła, kiedy spłoszyłem jej rysie podczas polowania.
Szła za mną cały dzień, wślizgnęła się nawet do pałacu.
Spytała mnie co stało się w komnacie króla, dlaczego byłem taki zdenerwowany po wyjściu.
Odpowiedziałem, że dowiedziałem się o pewnej decyzji króla i jej konsekwencjach.
Poszedłem z nią do mojego przyjaciela Jakuba, ufałem mu najbardziej ze wszystkich.
Opowiedziałem mu o całym zajściu i poprosiłem o nocleg.
Nie pytał o nic, wiedział, że prowadzę ryzykowne życie.
Nie zapytał nawet o Alice.
Ubrałem się, byłem gotowy do wyjścia, lecz, lecz jak zwykle Jakub mnie ubszedził.
Była z nim Alice. Jakub zapytał dokąd idę.
Odpowiedziałem, że muszę załatwić pewne rzeczy na mieście, oraz złożyć komuś wizytę.
Powiedział mi tylko żebym na siebie uważał. Kiwnąłem mu tylko głową.
Poprosiłem Alice, żeby tu została, a Jakuba, żeby ją przypilnował.
Poszedłem do znajomego kowala Sambora.
Znał mnie, kilkakrotnie tu byłem, zaprzyjaźniliśmy się.
Poprosiłem go o to co zwykle: Dwa miecze, cztery sztylet i cztery noże.
Miecze nosiłem zwykle na plecach, dwa sztylety miałem w butach, pozostałe dwa przy pasie, na noże miałem specialne przegrody w pasie.
Miał wszystko wiedział czego potrzebuję.
Zapytał po co mi to wszystko, co planuję zrobić i gdzie wcześniejsze wyposażenie?
Powiedziałem, że idę złożyć wizytę królowi, a on na to, że zwariowałem.
Odpowiedziałem, że nie bardziej niż zwykle i wtedy oboje się uśmiechneliśmy.

Egret
Soll

Dziennik Mieczysława, Wpis pierwszy

Dziennik Mieczysława, Wpis pierwszy

Sobota 13 kwietnia 1772 rok
Był słoneczny dzień, jak w każdą sobotę siedziałem z gazetą i piwem. Klientów w soboty nie mam za wielu, więc mogłem się odprężyć i pomyśleć o przyszłości: o założeniu rodziny, kupnie większego domu, rozszerzenia biznesu…
W końcu odwiedził mnie pewien tajemniczy człowiek, którego imienia nie podał. Ubrany był w białe szaty z kapturem, zauważyłem też trochę czerwieni z tyłu i na ramionach.  Zapytał, czy przyjmuję zamówienia na różne rodzaje broni. Odpowiedziałem, że owszem, lecz za dopłatą. Zamówił sztylet, lecz o niestandardowym kształcie. Sztylet ten był "specyficzny", budową był ukośny z pustą rączką i nakładką. Powiedziałem mu, że postaram się go przygotować do następnego tygodnia.  Mężczyzna podziękował i wyszedł. Po wizycie niezwykłego gościa pobiegłem do znajomego kowala Tomasza. Opowiedziałem mu zdarzenie i przekazałem szkic sztyletu. Miałem odebrać go w środę…

sobota, 8 lutego 2014

Dziennik Alice Wpis pierwszy

12 kwietnia 1772 rok, wpis pierwszy

Dzisiejsze popołudniowe polowanie było nawet udane gdyby nie on. Jakiś mężczyzna, który biegł od strony Prus spłoszył upatrzone wcześniej przeze mnie rysie, wydawał się podejrzany, więc postanowiłam go śledzić, a przy okazji na rynku w centrum wpadłam do kuźni po mój specjalny miecz do polowań robiony na zlecenie z czystego srebra, gdyż stary był już w opłakanym stanie, no cóż, wszystko co jest idealne kiedyś się psuje.
Po wyjściu z kuźni znowu zaczęłam śledzić tamtego człowieka, szedł wieloma wąskimi oraz krętymi uliczkami.
Chwilami mało brakowało, aby mnie zauważył, jednak mój świętej pamięci brat Alex pokazał mi jak radzić sobie w takich sytuacjach.
Brakuje mi go jednakże Bóg tak postanowił, a Bogu się nie sprzeciwisz.
A wracając, gdy podsłuchiwałam jego rozmowy z paroma osobami, okazało się iż ma na imię Egret.
Jest szpiegiem i pracuje dla samego wielmożnego króla, który wysłał go na misję zwiadowczą do Prus.
Szedł właśnie w kierunku zamku, a ja o krok za nim ukryta w tłumie nie spuszczałam go z oczu.
Weszliśmy razem do zamku i od razu po wejściu ukryłam się w jednej z komnat - musiałam chwilę pomyśleć "- i co teraz?"
Nagle przypomniały mi się nauki brata i po cichutku udało mi się prześliznąć aż do drzwi, skąd idealnie było słychać rozmowę Egreta z królem.
Nie była to nie wiadomo jak długa rozmowa, jednak sporo mogłam się dowiedzieć, a gdy głosy ucichły od razu uciekłam do komnaty obok.
Słyszałam tylko głośne trzaśnięcie drzwiami.
Po wyjściu z zamku znowu całą drogę do jego gospody szłam za nim jak pies i tylko, gdy patrzył za siebię ja odwracałam się do niego plecami.
Potem on wszedł do gospody, rozpalił w kominku i położył się spać.
Postanowiłam przyczaić się na drzewie obok, około pół godziny po zaśnięciu Egreta zjawili się mężczyźni z bronią.
Było ich czterech, dwóch niosło pochodnie.
Dwójka nosząca pochodnie podeszła pod dom, odwrócili się na pozostałą dwójkę która stała przy furtce.
Rzucili pochodnie pod dom, który po chwil zaczął się palić.
Postanowiłam zareagować, szczęśliwym trafem drzewo na którym byłam było naprzeciwko otwartego okna.
Przygotowałam się i skoczyłam...

piątek, 7 lutego 2014

Dziennik Sombora ,wpis pierwszy.

                            

                         Dziennik Sombora ,Wpis Pierwszy


                                                                 12 kwietnia, 1772 rok.

      Siedziałem sobie beztrosko w kuźni ,paląc moją fajkę. Było słoneczne popołudnie a nad niebem latały ptaki. Ciepło wydobywało się od pieca a ja plecami do niego siedziałem na dębowym krześle. Kiedy cały mój tył był już ogrzany ,postanowiłem odwrócić krzesło w stronę centrum całego ciepła. Kiedy paliłem fajkę myślałem o mojej rodzinie. Mam małą rodzinę ,więc każdą wolną chwilę spędzam na rozmyślaniu jak się czują i czy jeszcze chociaż żyją. Myślałem o Matce, Ojcu oraz o mojej Siostrze. Kiedy tak siedziałem ,od strony drzwi dochodziły odgłosy miasta. Moja kuźnia była wybudowana w centrum przez co miałem lepszy dostęp do wszystkich produktów mi potrzebnych. Praca kowala to naprawdę trudna praca i często się zdarza ,że zabraknie jakiś materiałów albo młot się zepsuję. Kiedyś miałem kuźnię daleko w lesie ,gdzie trudno mi było o części. Ale miałem blisko do rodziny. Widywałem ich codziennie ,teraz prawie wcale. Dlatego właśnie tak często rozmyślam o rodzinie. Bo nigdy jej nie widzę. Dlatego takie momenty są dla mnie najlepsze. Kiedy mogę pomyśleć o bliskich.
     Nagle usłyszałem zza drzwi tupot podków od koni. Pomyślałem ,że przybyli ludzie o nowe wyposażenie dla zwierząt ,dlatego wyszedłem by się przywitać.Jeszcze zapaloną fajkę zostawiłem na biurku koło małego nożyka. Dostałem go od dziadka kiedy miałem 5 lat. Jedyna pamiątka po nim. Mówił mi ,że należał do nieznajomego ,który jak mówił ,,przypominał mordercę''. Opowiadał ,że miał kaptur ,miecz ,nóż i dziwny karwasz na którym błyszczało metalowe... coś. Dziadek mówił ,że dostał to w zamian za pomoc przy napadzie na konwój. Dziadek przechodził blisko ,kiedy zobaczył jak zakapturzony atakował przeciwników a oni jego. Wtedy właśnie dziadek ruszył do akcji by pomóc zakapturzonemu. Podobno nieznajomy zabił 10 ludzi na raz. Zabił by 11 gdyby nie to ,że dziadek podszedł jednego od tyłu i centralnie w serce wbił ostry patyk znaleziony w pobliżu. Kiedy słuchałem tej opowieści dziadek powiedział ,że właśnie dlatego nazwał mnie Sombor. Sombor z Słowiańszczyzny oznacza ,,walka" i powiedział mi ,że płynie we mnie krew wojownika. Oczywiście ja w to nie wierzę ,przecież jestem zwykłym kowalem z nadzieją ,że jeszcze zobaczę rodzinę. Po chwili wróciłem do rzeczywistości i wyszedłem na dwór. I wtedy wszystko się zaczęło.

Dziennik Egreta, wpis pierwszy

12 kwietnia, 1772 rok
Wpis pierwszy.
Wczoraj stała się rzecz straszna...
Mianowicie podpisano akt o rozbiory naszej Polski.
Niestety ja byłem zbyt daleko aby temu zapowiedz, król wysłał mnie na misję zwiadowczą do Prus.
Gdy wróciłem było już za późno...
Długo pytałem króla dlaczego to zrobił, ale on milczał, aż po pewnym czasie zagroził mi banicją jeżeli nie skończę mówić.
Wtedy zamilkłem, wychodząc w gniewie mocno trzasnąłem drzwiami, nie po to aby go zdenerwować tylko ze zwykłego gniewu.
Wróciłem do swego domu, przebrałem się i rozpaliłem w kominku.
Całą noc nie mogłem spać, bo myślałem o tym co niedługo się stanie.
Chyba przez zmęczenie lub rzez senność widziałem cienie w oknach.
Podeszłem to sprawdzić lecz niczego tam nie było.
Postanowiłem położyć się wkońcu spać i to był mój wielki błąd...
Egret
Soll

Wstęp

                                  

                               Witajcie Bracia i Siostry


    Strona ,,Polskie Bractwo Assassynów" chce wam przedstawić wspólną misję która będzie polegała na stworzeniu opowieści za czasów rozbiorów Polski. Podczas pisania historii ,będziemy się starali jak najlepiej ukazać w niej fakty historyczne oraz dodamy trochę fantastyki której wyczerpaliśmy z serii gier  ,,Assassins Creed".  Bohaterami naszej książki będą: Sambor ,Mieczysław ,Alice i Egret. Celem naszych bohaterów ,będzie powstrzymanie Carycy Katarzyny przed usunięciem Rzeczypospolitej z mapy świata. Każdy z nich pochodzi z innego zakątka kraju i poznają się dopiero wtedy kiedy dowiadują się o planie władczyni. Wspólnie będą szkoleni na mistrzów w sztuce zabijania i uświadomią sobie ,że czasami ,żeby osiągnąć jakiś cele ,trzeba będzie sobie nawzajem pomóc. Zapraszamy was do czytania i życzymy wam miłej przygody wraz z naszymi Assassynami. Pozdrawiamy was Bracia i Siostry.






   

                                                                                                 P.s
                                                                                  Nic nie jest prawdą wszystko jest dozwolone
                                                                                      







                                                                    https://www.facebook.com/PolskieBractwoAsasynow