poniedziałek, 5 maja 2014

Dziennik Alice, Wpis Piąty

19 kwietnia, 1772

    Ostatnio bardzo cię zaniedbałam pamiętniczku, zdążyłeś już się cały zakurzyć...i myślę sobie teraz, czemu nie notowałam w tobie wszystkich tych dni? No cóż, teraz to nadrobię. Ostatnio skączyłam na tym, jak wieczorem piętnastego uciekłam za Alexsem z domu Jakuba. Więc zaczynam.
    Jeszcze parę minut leżałam na łóżku, czekając, aż wszystkie światła zgasną. Gdy tylko to się stało zabrałam broń, założyłam szary płaszcz z kapturem i wyszłam z domu. Mało mogłam dostrzeć w takiej ciemności, dobrze, że jednak Alex zabrał ze sobą latarkę, dzięki temu go nie zgubiłam. Szybko dotarliśmy do murów, ale nie pomyślałam...strażnicy... . Na szczęście zauważyłam duchownych zmierzających do zamku. Zaciągnęłam kaptur, złożyłam ręce i wtopiłam się w ich grupę. Upiekło mi się, ale przeszłam. Alex też już wchodził. Szedł spokojnie do komnaty króla, jednak towarzyszył mu strażnik. Rozpoznałam ten głos. To był ten, który znalazł mnie wtedy w tamtej skrzyni. A rozmawiali...o mnie. 
Duchowni wciąż podążali za Alexsem. Miałam tym razem farta. Wszyscy weszli do sali tronowej.
-Co was sprowadza? -zapytał król donośnym głosem
-Mam dobre wieści, o panie. Tamta dziewczyna "Alice" nie żyje. To ten, tu obecny pozbawił ją życia -powiedział dumnie strażnik, wskazując na Alexsa
Alex dał królowi pióro splamione moją krwią -Oto dowód -powiedział.
Hmn...zauważyłam, że mam dobrą pamięć do zapamiętywania dialogów. A wracając...
-Kto może to potwierdzić? -spytał król
-Ja oraz inni strażnicy i rycerze -odezwał nasz "znajomy"
Zastała chwila ciszy.
-Niniejszym za zabójstwo skazuję Alexsa Andrzeja Shirley na karę śmierci. Pojmać go -powiedział srogo król
Ale skąd on zna drugie imię Alexsa? Przecież nikt poza naszą matką nie mówił na niego Andrzej! Tego nie ma w żadnym dokumencie! W żadnych aktach! Czy on wie o nas, aż tak dużo? Dobra Alice, pobódka. Pisz dalej, nie ważne, że zapiszesz tym pewnie ze trzy strony...
   Szybko wbiegłam na salę. Czterech ludzi atakowało Alexsa. Jednak zauważyli i mnie. Dwójka strażników ruszyła na mnie. To zdarzenie bardzo zapadło mi w pamięć. Jeden ze strażników stał przede mną, a drugi za mną. Obydwoje zrobili ruch mieczem w tej samej chwili. Uniknęłam ciosu z przodu, pochylając się. Jednak drugi strażnik...obciął mi włosy. No cóż lepiej włosy niż głowa. 
Widziałam jak około 30 centymetrów moich włosów opada na ziemię. Ci strażnicy powinni być raczej fryzjerami. Byli w szoku. Wykorzystałam to. Jak wygłodniałe zwierzę, rzuciłam się na nich zadając zabójcze dźgnęcia. Zajęło mi to mniej niż, huhuhu...5 minut? Ruszyłam do Alexsa i zabiłam pozostałą dwójkę.
-Uciekaj! -krzyknęłam, gdy zauważyłam około dwudziestu rycerzy biegnących w naszą stronę. 
Nagle upadłam. Bełt z kuszy wbił się w moje udo. Wyciągnęłam rękę do brata, a ten mnie podniósł.
-Ali masz dobrego braciszka, wiesz? -powiedział w pośpiechu
We dwójkę trzymając się za ręce wyskoczyliśmy przez wybite okno i wylądowaliśmy w stogu siana. Tuż przy stajni. Odwiązaliśmy dwa ogiery. Dosiedliśmy ich i wyruszyliśmy. Zaciągnęłam kaptur wstydząc się mojej twarzy oraz nowej fryzury.
-Skąd się tam wzięłaś?! Ty mogłaś tam do cholery zginąć! -powiedział Alex.
Konie przyśpieszyły. Szybko znaleźliśmy się w wielkim, ciemnym lesie, tym samym w którym odzalazłam Alexsa. Pomógł mi zejść z siodła i posiadził na pieńku. Moje udo wciąż krwawiło, a rana okropnie piekła. Zdjęłam kaptur i przeglądałam się w jeziorku. Moje włosy dosięgały mi ledwo do ramion i...zciemniały. Są już prawie czarne. Dziwne. Nagle Alexs gdzieś zniknął. Wrócił jednak po paru minutach w rękach niósł jakieś zioła. Rozpalił ognisko, gotował w nim trochę wody i po kolei dodawał zioła. Urwał spory kawałek materiału, który wiózł ze sobą jego koń. Brutalnie wyciągnął bełt z mojego uda. Przeczyścił ranę wywarem oraz owinął materiałem. Bolało, ale nie mogłam narzekać.
-Uciekamy do Poznania -powiedział Alex
"Chwila, Anna mieszka w Poznaniu! " -pomyślałam
-To w drogę 
    Jechaliśmy tam trzy dni. Jednak nie zmierzaliśmy do domu Anny. Alex prowadził mnie w jakąś ciemną uliczkę. Kazał mi zostawić konia i pójść za nim. Weszłam z Alexsem do piwnicy, trzymałam go za rękę. Wkońcu to przecież mój starszy brat. Niepewnie stawiałam kroki. Nagle z dołu szedł do nas jakiś zakapturzony mężcyzna.
-Alex, dobrze cię widzieć Bracie -powiedział
-Ciebię też Daleborze -odpowiedział mu Alex
Chwila, o co tu chodzi? Jaki "Brat"? Czemu ja nic nie wiem?
-Proszę, poznaj moją siostrę, Alice -powiedział po chwili Alex
-Witaj -powiedział
-W-witaj... -wydusiłam przerażona
-Nie bój się mnie, jesteś puki co bezpieczna.
Mężczyzna zdjął kaptur i podał mi rękę. Popatrzyłam mu w oczy i niepewnie złapałam rękę. 
-Zaufaj nam. Spokojnie, nic ci nie zrobimy. 
Alex przytaknął głową. Delilakatnie się uśmiechnęłam i strach minął.
   Zeszliśmy na dół, a tam wręcz roiło się od ludzi w kapturach. Kobiet i mężcyzn. Wśród nich zauważyłam jedną osobę, która była tak samo zagubiona jak ja. Jednak wolę się jeszcze do niego nie odzywać. Nie chcę wyjść tutaj na idiotę bądź pokrakę.
-Bracia, Siostry przedstawiam wam Alice. Rodzoną siostrę naszego Brata Alexa -powiedział mój nowy przyjaciel
-Nic już nie rozumiem...po co tu jestem? -spytałam
-Masz w sobie potęcjał. Trochę cię podszlifuremy i będziesz jedną z najlepszych Asasynek.
-Słucham? Ja? Ja na Asasynkę?
Matka opowiadała mi o Asasynach, są podobno zabójcami doskonałymi. A ja? Ja jestem zwykłą myśliwą! Poluję tylko na zwierzęta, a nie na ludzi! Chwila...już chyba coś rozumiem... To dlatego ojciec nie pozwalał bawić mi się z Alexsem! Bo on jest Asasynem! No ale żeby ja?!
   Podeszła do mnie pewna kobieta, gdzieś tak w moim wieku. Około 21 lat. 
-Witaj w Bractwie, Alice. Oprowadzę cię. Zwą mnie... -przerwała
-Anna? -powiedziałam z nadzieją w głosie
-Nie, Amanda. Chodź, nie marnujmy już czasu, muszę cię oprowadzić i wszystko opowiedzieć.
-Ale dlaczego wybraliśmie MNIE na Asasynkę?
-Bo masz to w sercu, to widać.
   Amanda pokazywała mi różne pokoje, zejścia, wejścia, wyjścia, korytarze, itp... . Wszystko dokładnie opisywała i opowiadała o tym jak chodząca encyklopedia, a ja jak głupia zapisywałam każde jej słowo i na samym końcu dzienniku rysowałam plan tej niesamowitej piwnicy.
-A tutaj będziesz spędziać puki co najwięcej czasu. To będzie jakby twój pokój, ale będziesz musiała dzielić go z Alexsem i ze mną. No to na co czekasz? Rozgość się. 
Od razu rozwiesiałam łapacze snów, nie wiem po co, ale niech sobie wiszą. Po jednym nad każdym łóżkiem, jeden nad drzwiami wejściowymi i kolejny w korytarzu.
-Ładnie... -powiedziała z uśmiechem Amanda
Ja również się uśmiechnęłam.
-Zacznijmy pierwszą lekcję. Notuj sobie, ta wiedza ci się przyda.
-...Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone...to są wasze słowa...prawda?
-Tak. Skąd je znasz?
-Moja matka mi je powiedziała, gdy byłam młodsza.
-To dobrze.
Amanda wręczyła mi jakieś...coś. Sama miała podobne na ręce.
-To teraz będzie twoją bronią. Używaj go rozważnie i nie pozwól splamić twego ostrza krwią niewinnych.
-Ale jak tego używać? I co to jest?
Amanda zrobiła mi wykład. Dopiero po skączonej lekcji pokazała mi jak tego używać.
-Załóż to na rękę i odpowiednio dopasuj, zasznuruj oraz zapnij pasy. To kułeczko załóż na mały palec. Szarpnij ręką i rozłóż palce.
Założyłam to na lewą rękę, i według instukcji Amandy dopasowywałam. Szarpnęłam ręką, a z skórzanej...nie wiem jak to nazwać, ale wysunęło się z tego jakby sztylet? Zachwiciła mnie ta broń.
-Uważaj jednak, nie pozwól, aby to zmieniło się w potwora. Jesteś Asasynką, teraz naucz się pozostać człowiekiem... -powiedziała Amanda wychodząc. 
Zostałam sam na sam z nową "zabawką".
                  Już zupełnie inna, 

Alice

niedziela, 4 maja 2014

Dziennik Sambora ,Wpis Piąty


                                         23 Kwietnia 1772

      Byłem sam. Byłem sam jak palec. Wokół mnie były tylko drzewa i krzewy. Nie było sarenek ani innych zwierząt. Byłem tylko ja. Ten sam Sambor. Za plecami wiał wiatr i padał deszcz. Lało jak z cebra a ja nie miałem płaszcza. Byłem cały mokry a po twarzy spływały mi łzy. Straciłem wszystko. Straciłem dom i moich przyjaciół. Dlaczego tak mówię? Ponieważ już nigdy ich nie zobaczę a nawet jeżeli to albo zza krat albo będąc w niebie jedną nogą zobaczę jak patrzą na mnie ,kiedy umieram na szubienicy. Jestem przestępcą bo znam prawdę. Jestem złoczyńcom bo poznałem plany Rosji. Jestem biedakiem choć jestem bogaty w wiedzę. Znam sekret państwa. I znam jego koniec. Rozbiory ,Bitwa ,Krew to ma czekać mój kraj za parę lat. A ja już nic na to nie poradzę.
      Jednak pozostawiłem ten temat na później i schowałem się w bliskiej grocie. Trzęsłem się z zimna ,lecz już nie lało mi w twarz. Na razie byłem spokojny. Chciałem rozpalić ognisko ,ale nie miałem suchego drewna ,więc musiałem to sobie też odpuścić na później. Usiadłem na kamieniu i zacząłem rozglądać się po ścianach groty. Nie zobaczyłem nic interesującego ,oprócz martwego szczura. Patrzyłem tak na niego przez pięć minut i zacząłem się nad czymś zastanawiać. Zastanawiałem się nad szczurem. Nie wyglądał na starego. Nie było nad nim much ani smrodu ,który towarzyszy zwłokom. Szczur najprawdopodobniej musiał zginąć nie dawno. Mówiąc nie dawno ,przed chwilą. Dokładnie sprawdziłem szczura. Kucnąłem nad nim i mu się przyglądałem analizując jego budowę. Patrzyłem na głowę ,była cała. Potem na tułów. Miał dość poważną ranę ,która była jednocześnie dziurą. Jakby ktoś przestrzelił tego gryzonia na wylot. Ale po co strzelać do szczura. To jest tak samo idiotyczne jak budować stajnie nie mając konia. Usiadłem ponownie na kamieniu i patrzyłem na szczura i myślałem ,,Wygląda na świeżego ,więc został zabity nie dawno. Nie mógł zostać przez zwierze ponieważ zwierze zjada w całości i prawdopodobnie teraz bym na niego nie patrzył. Ale z drugiej strony to jest bardziej prawdopodobne ,niż to ,że zrobił to człowiek ,bo kto zabija szczura pistoletem?". Jednak nagle zobaczyłem małą dróżkę krwi ,która prowadziła od gryzonia do ściany. Wstałem i poszedłem w stronę ściany. Zauważyłem ,że po niej spływa krew a robiąc ruch głową od dołu do góry zauważałem coraz więcej krwi. W końcu to zobaczyłem. Malutki symbol wymalowany na ścianie krwią. Nie musiałem myśleć ,że była to nazbierana krew szczura ,która teraz widniała na ścianie i przerażała mnie w każdym swoim milimetrze. Był to dziwny symbol ,który na pewno nie jest malowany przez jakiś malarzy. Był to symbol ,który pierwszy raz widzę. Zacząłem się mu przyglądać i zastanawiałem się co on oznacza. W pewnym momencie wyostrzyłem wzrok i symbol się zmienił. Teraz był koloru złotego a potem zmienił się na biały. Przestraszyłem się i upadłem na podłogę nie spuszczając wzroku z symbolu. Patrzyłem tak na niego i patrzyłem ,aż w końcu usłyszałem za sobą odgłosy czyiś kroków. Wstałem ,obróciłem się i zobaczyłem ,że stoi przede mną starszy facet. Nie wiedząc czemu świecił się na niebiesko. Zmrużyłem oczy i jeszcze raz na niego popatrzyłem. Teraz się nie świecił i wyglądał normalnie. Był ubrany jak biedak. Nosił szary płaszcz ,który był cały potargany i usmolony w błocie. Buty miał dziurawe a spodnie które miał na sobie były brudne od krowiego łajna. Miał na sobie słomiany kapelusz ,który zakrywał mu twarz. Z jego ciała unosił się smród ,który od razu rozprzestrzenił się na całą grotę. Prócz tego miał na sobie opaskę na której był jakiś symbol ale wolałem go na razie zostawić w spokoju i zacząłem analizować jego twarz. Miał lekki zarost a koło buzi miał lekką bliznę. Nie mogłem powiedzieć jaki miał kolor oczu. Jedyne co mogłem jeszcze o nim powiedzieć to to ,że i na twarzy miał brud. Ogólnie był cały brudny ,oprócz jednej rzeczy. Opaski. Tylko ona była cała biała i czysta. Na niej był też symbol ,któremu teraz mogłem poświęcić trochę mojej uwagi. O mało nie zemdlałem. To był ten sam symbol co na ścianie. Tego samego koloru i tego samego kształtu symbol widniał na ścianie groty. Jak dla mnie był to szok. Pomyślałem ,że ten facet jest z jakiegoś innego kościoła ,który toleruje zabijanie zwierząt i malowanie tych symboli na ścianie krwią ich ofiar. A co jak zabija i ludzi. A co jak chce mnie zabić i moja krew ma skończyć na ścianie. Nie mogłem pozwolić na taki koniec. Ruszyłem na niego z zaciśniętą pięścią ,która miała się niby znaleźć na jego twarzy. Jednak on był sprytniejszy i szybszy. Podciął mnie swoją ubłoconą nogą i ległem na ziemię. Kiedy tak leżałem na ziemi ,on zdążył zrzucić z siebie kapelusz i płaszcz i pokazać ,że spoczywają na nim białe szaty i kapturem ,który od razu wrzucił na głowę. Kiedy się już pozbierałem i stałem na własnych nogach wybiegłem z groty i uciekałem byle dalej. Na dworze nadal padał deszcz a ja przez niego biegłem. Nie patrzyłem się przez chwilę za siebie i biegłem tak szybko jak mi pozwalały na to nogi. Słyszałem ,że za mną biegnie ale nie wiedziałem ,że nie jest na ziemi. Kiedy ja twardo biegłem po ziemi on z zwinnością małpy skakał nade mną po drzewach to z gałęzi na gałąź. Był niestety szybszy ,ponieważ w pewnym momencie zeskoczył z gałęzi i wskoczył na mnie powalając mnie. Leżałem już tak i czekałem na swój koniec. Czekałem aż mnie zabiję a moją krwią wymaluję na ścianie wielki symbol. Czekałem na to i pomyśleć ,że jeszcze nie dawno myślałem ,że zginę na szubienicy. A jednak zostanę zabity przez człowieka ,który teraz stojąc nade mną wyciągnie nóż i mnie przedziurawi jak tamtego szczura. Ale on jednak podał mi rękę i powiedział:

      -Wstawaj!

  Co mogłem zrobić? Wstałem i strzepnąłem z siebie resztki trawy i odparłem:

     - Nie chcesz mnie zabić?
     - Uwierz mi ,gdyby to było moje zadanie to prawdopodobnie już byś leżał w trumnie.
     - Czyli jestem... bezpieczny - odparłem ze strachem ,ponieważ jego zdanie mocno mnie przeraziło
     - Nikt już nie jest bezpieczny ,chodź nie daleko stąd jest mój koń.
     - Zamierzasz mnie ,gdzieś zawieść.
     - Wiesz gdzie jest Poznań?
     - Raz tam byłem ,ponieważ potrzebowałem...
     - Mam gdzieś co potrzebowałeś - odparł z nieprzyjemnym tonem - Ruszasz do Poznania.
     - Ale mamy jednego konia - powiedziałem ze przekonaniem ,że tą podróż przełożę na kiedy indziej.
     - Pojedziesz sam - odparł - kiedy dojedziesz poszukasz pewnej osoby.

   I zaczął mi podawać pewien mi znajomy opis. Z początku ,myślałem ,że chodzi o jakiego zabójcę ,bo wszystkie cechy wyglądu wskazywały ,że ewentualnie spotkam na swej drodze morderce. Ale kiedy mi powiedział ,że jest to handlarz bronią od razu przypomniałem sobie mojego nie dawnego klienta. Tym klientem był Mieczysław.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Dziennik Egreta, Wpis Piąty

23 kwietnia 1772

Wpis Piąty

Następnym miastem którym postanowiłem odwiedzić z Jędrzejem były Chojnice.
Bowiem w Chojnicach zamieszkiwał nasz kompan Dawid. Podróż zajęła nam 4 dni.
Gdy dotarliśmy do miasta, spotkaliśmy wojsko Pruskie stacjonujące w tej mieścinie.
Zaklnąłem pod nosem i powiedziałem do Jędrka, żeby zachował spokój.
Wjechaliśmy przez główną bramę. Przywitałem strażnika skinięciem głowy.
Zaczął mówić do mnie po niemiecku, na szczęście znałem ten język i nawiązałem rozmowę.
-Willkommen in deiner Gnade. (Witajcie waszmości)
-Wo kommst du her? (Skąd przybywacie)
-von Krakau. (z Krakowa)
Splunąl
-So Pole? (A więc Polak)
-Also, gibt es ein Problem? (Tak, czy to jakiś problem)
-Diese Länder sind nun Teil von Preußen (Te ziemie należą teraz do Prus)
-Ich bin hierher gekommen, um einen Freund zu besuchen (Wiem, przybyliśmy tu odwiedzić przyjaciela)
-Yhym, interessant, wirklich interessant. Nun, ich lasse Sie fahren. (Yhym, ciekawe, naprawdę ciekawe. Dobrze pozwalamwam przejechać.

-Vielen Dank, Sir (Dziękuje Sir)
Odwróciłem się do Jędrzeja i zawołałem: -Chodź, jedziemy!
Kiedy przejechaliśmy przez mury Jędrek zapytał:
-Żadnych problemów?
-Żadnych, ale musimy się stąd szybko zawijać.
-Aha... Rozumiem.
Pojechaliśmy w stronę domu Dawida, mieszkał na łące leżącej blisko lasu.
Po drodze zauważyłem, iż wszyscy się na nas patrzą, wiedziałem, że będą problemy z powrotem...
Dojechaliśmy do domu Dawida, Całkiem ładny dom. -Pomyślałem. Robił właśnie na polu.
Zawołałem go, on krzyknął pytająco ,,Egret"? Odpowiedziałem ,,tak". Zrobił zdziwioną minę i zaczął uciekać...Zdziwiło mnie to trochę, więc zacząłem go gonić aby dowiedzieć się o co mu chodzi.
Uciekał, doganiałem go, choć nie było to takie proste, gdyż wciąż był bardzo szybki. Zaczął wspinać się na drzewo. Gdy dobiegłem zaczął do mnie krzyczeć z drzewa po niemiecku.
Wciąż bawi mnie wspominanie tamtej sytuacji . :
-Dawid co z tobą?!
-Lass mich in Ruhe!(Zostaw mnie w spokoju!)
-Gadaj po polsku, a nie pierdol po niemiecku!
-Nein! (Nie!)
-Ehh jak chcesz. Czemu przed nami uciekałeś?
-No właśnie!-wtrącił Jędrek
-Lass mich in Ruhe! (Zostawcie mnie w spokoju!)
-Nie, dopóki nam nie powiesz o co chodzi!
-Ehh auf gut (Ehh no dobrze), w skrócie musicie stąd uciekać.
-Teraz to jakoś umiesz mówić po ojczystym języku, co?
-Nie marudź Egret.
-No dobra. Czemu?
-Jak już wiecie miasto należy teraz do Prus, jeżeli zaraz się stąd nie wyniesiecie, będą na was polować.
-Bez ciebie nie jedziemy!
-Na co wam ja?!
-Musimy ratować nasz kraj!
-Czemu?!
-Dowiesz się potem.
-Dobra, ale to ostatni raz.
-No to złaź już z tego drzewa.
Zeskoczył z drzewa lądując zgrabnie na ziemi.
- Chodźcie za mną muszę zabrać parę rzeczy z domu -powiedział.
Weszliśmy do jego chatki, była dość skromna jak już przedtem mówiłem.
Dawid podszedł do bogato zdobionego kominka. Na górze kominka były wyrzeźbione 3 kwiaty.
Przekręcił środkowy kwiat, kominek się rozstąpił, ujrzeliśmy schody prowadzące w dół.
-Nieźle -powiedziałem.
Dawid odwrócił lekko głowę i się uśmiechnął.
-Idziemy? -Zapytał drwiąco.
-Ehem em... Tak. -Powiedział Jędrzej drwiącym głosem.
Zeszliśmy na dół, ujrzeliśmy "niezły" to mało powiedziane skład broni.
Wziął ze ściany szeroką szablę, ze stołu wziął sześć pistoletów skałkowych.
-Po dwa dla każdego- Powiedział i wręczył nam pistolety.
-Dobra wynośmy się stąd.
-Słusznie- Krzyknął Jędrek.
Wyszliśmy na zewnątrz i dosiedliśmy koni, niestety mieliśmy tylko dwa, więc Dawid musiał jechać ze mną.
Zaproponowałem, żeby kupić jeszcze jednego konia, lecz on odmówił mówiąc, ze nie ma czasu.
-Musimy znaleźć inną drogę, bo pewnie główną bramą już nie wyjedziemy. - Powiedziałem
-Masz rację Egret, Dawid jest tu jakieś inne wyjście, nie pilnowane przez straże, albo o ich małej liczbie?
-Hmm... Chyba jest jedno...
-Świetnie, a więc jedźmy!- Krzyknął Jędrek
-Nie tak prędko Jędrek, to nie takie proste -powiedział Dawid
-Czemuż to?
-Wyjście może jest, ale dostać się do niego nie jest tak łatwo, przejście należy do rabusiów i złodziei...
-Czyli "Gildii Złodziei"?
-Tak i w tym jest problem, mogą tamtędy przejeżdżać członkowie gildii, albo zwykli ludzie płacąc wysokie pieniądze.
-Żaden problem, damy radę, prowadź.
-A-a-aa-ale Egre...
-Prowadź, nie marudź.
Zajechaliśmy w ciemną alejkę, prowadzącą do "tajnego wyjścia" z miasta. Zauważyłem około pięć osób w oknach i na dachach patrzących na nas. Krzyknąłem:
- Wyjdźcie i nie chowajcie się, wiemy że tu jesteście!
Cisza, lecz nagle z cienia wyszło około tuzina osób. Wyciągnąłem z kieszeni pierścień... Pierścień Gildii Złodziei!
Dawid i Jędrzej patrzyli na mnie w osłupieniu, ja zaś podniosłem wysoko pierścień i krzyknąłem:
-Mam na imię Egret Soll! Lecz w gildii przyszło mnie zwać...- Przerwałem.
Cisza. Głucha cisza trwająca nie więcej niż dwie minuty, lecz zdawała się trwać wiecznie.
W końcu z tłumu wynurzył się krzepki mężczyzna będący w sile wieku, lecz mający pasy siwych włosów po bokach głowy.
-Miło Cię znów widzieć Bury kruku.

środa, 26 marca 2014

Dziennik Mieczysława ,Część Czwarta.


                                       15 kwietnia 1772

      Kiedy tak do ciebie pisze pamiętniczku ,zawsze myślę co mogę ci powiedzieć najciekawszego. W ciągu moich dni ,nie dzieje się za wiele ,ale zawsze coś interesującego. I tak co dnia. W zeszłym tygodniu miałem dość mało przygód ,lecz mimo tego coś napisałem. Ale teraz... Chyba rozpiszę się na wszystkie strony ,jakie masz w sobie. Odkąd do ciebie pisałem ,wydarzyło się tyle rzeczy. Dlatego musisz być bardzo dokładny w zrozumieniu tego co piszę. Zaczynam.
      Jechałem sobie na koniu przez las. Wszystko było by dobre dla mnie ,gdyby nie to ,że jechałem w nieznane mi strony. Przede mną jechał mój nowy znajomy ,którego imię... zapomniałem. Może dlatego ,że jego imię było słowiańskie i trudno je było dla mnie wymówić. A idealnie władałem słowami i zdaniami. Jednak on władał natomiast ,dobrze mieczem i czymś ostrym przyczepionym do jego skórzanego karwaszu. I wydawał się być w tym zabójczo dobry. Na jego szatach nadal widziałem ślady krwi ,które musiał mieć jeszcze ze ostatnich zabójstw. Tylko nie wiedziałem ,co zrobił z trupami. Oby nie zostawił ich w moim domu. Bo jeżeli wrócę nie chce by przywitał mnie smród zgniłej skóry. I nagle sobie przypomniałem ,że mój sąsiad obiecał mi ,że zajmie się moim domem. I jeżeli napotka na drodze jakieś trupy... Będzie nie ciekawie. Jednak po dłużej chwili przestałem się tym martwić. Mam dobrego sąsiada i na pewno mi uwierzy. A nawet ,jeśli nie to i tak powie ,że nic się nie stało... Jak zawsze.
      Nagle jednak mój mistrz się zatrzymał. Popatrzył się na mnie a potem w lewo i w prawo. A następnie ruszył dalej. Widać było tylko jedną różnicę... przyśpieszył. Teraz zamiast wolnego chodu ,przeszliśmy w żywy stemp a potem w kłus. Z początku było wolno ,ale potem ruszyliśmy już jak najszybciej się da. A potem był już galop. Widać było ,że przed czymś ucieka. Ale przed czym. Za nami było pusto a obracając głowę to na prawo i na lewo ,nie mogłem zauważyć żywej duszy. W końcu jednak się zatrzymał na skrzyżowaniu dróg. Jedna droga wiodła na morze ,kolejna na Kraków ,trzecia zaś do Poznania. Staliśmy tak już dobrą minutę. Dokładną minutę ,ponieważ podczas tej ciszy nudząc się zacząłem liczyć. I policzyłem do sześćdziesięciu. W końcu otworzyłem buzię by móc coś powiedzieć ,jednak mój nowy ,,Mistrz" pokazał mi palec na znak ciszy. Staliśmy już teraz kolejną minutę a potem następną ,aż w końcu... usłyszałem wycie wilka. Wtedy mój znajomy odparł :

           -Co wziąłeś na drogę?
           -To co na podróż jest najważniejsze - odparłem spokojnie - Ubrania i Jedzenie.
           -A powiesz mi jaki typ jedzenia wziąłeś? - teraz był już podenerwowany.
     I dopiero sobie teraz zdałem sprawę z tego co wziąłem. Mięso. A to co poprzednio usłyszałem ,było bardzo głodne i uwielbiało mięso. Bez wątpienia był to wilk a teraz była pora na jedzenie. Północ.

          -Nie uciekniemy ,już od nich - odparł Mistrz - i tak nas wytropią.
          -A co gdyby je wszystkie zabić.
     Na te słowa rzucił mi szablę pod kopyta konia i odparł ,,Powodzenia" i odjechał galopem w stronę Poznania. Nie miałem innego wyboru. Nie mogłem wilkom rzucić mięsa bo nie będę miał co jeść ,lecz jeśli rzucę się na nie... prawdopodobnie zginę. Siedziałem tak jeszcze w siodle z kilka sekund ,aż zobaczyłem ,że zostałem otoczony przez watahę moich przeciwników. Nie zdając sobie sprawy z tego co robię ,zszedłem z konia i podniosłem szablę. Przyjąłem pozycję i zmieniłem wyraz twarzy. Z twarzy przestraszonej na bardziej przerażoną. Nogi mi się trzęsły a wilkom tylko szczęki ,które chciałby już zanurzyć kły w krwistym mięsie. Kiedy tak stałem ,pomyślałem ,,Cholera w mojej głowie ,wyobrażałem siebie inaczej". Stojąc tak zacząłem zdawać sobie sprawę ,że zaraz zginę. I wtedy się zaczęło. Jeden z wilków rzucił się na mnie i w locie już pokazywał swoje kły na znak tego ,że zaraz mnie zje. Ja jednak ,przyjąłem zamach i zaatakowałem mojego wroga. Teraz leżał martwy z otwartym brzuchem z którego lała się krew. Wtedy sobie zdałem sprawę. Jestem w tym dobry. Przez następne dziesięć minut odpierałem ataki watahy ,zabijając każdego po kolei i z większą precyzją zadając ciosy. Teraz wszyscy leżeli martwi a ja stałem dumny z siebie na skrzyżowaniu ,które teraz jest przeze mnie nazywane ,,Skrzyżowaniem Krwi". Jednak nie był to czas na tworzenie nowych nazw. Nadal jestem w Polsce i muszę się wybrać do pewnego miejsca ,którym interesowałem się odkąd się urodziłem. Poznań. Miasto w którym ,poznam odpowiedź na moje pytanie. Jednak dziwiła mnie jedna rzecz. Dlaczego Poznań?

czwartek, 13 marca 2014

Dziennik Alice, Wpis Czwarty

Dziennik Alice, wpis czwarty.
15 kwietnia 1772

Wczoraj wieczorem stało się coś niesamowitego-w żelażnych kratach więzienia zobaczyłam...go. Na początku myślałam, że widzę duchy, a raczej ducha mojego brata, jednak wtedy to na prawdę był on! Otworzył drzwi lochu i zniknął. Wychodziłam już z pałacu, gdy zauważyłam przy progu martwego strażnika. Miał mój miecz wbity w serce, a obok jego leżało czerwone pióro, miało czarny wzorek...takie same pióra dawałam kiedyś Alexsowi. On tu był. Gdy podniosłam pióro nagle ujrzałam dziwny obraz przed oczyma: Alex cały we krwi klęczał przy zwłokach jakiejś kobiety...Była to Anna. Obraz ten zniknął równie szybko jak się pojawił. Wyciągnęłam mój miecz z ciała strażnika i ruszyłam w stronę szukać Egreta. Jednak po paru krokach w lesie sama się zgubiłam. Czułam, że ktoś mnie obserbował, zaczęłam się więc rozglądać. Nic nie zauważyłam. Po paru kolejnych krokach ten "ktoś" mnie obalił. Już chciał wbić swoje ostrze w mój brzuch.
-Błagam cię, nie rób tego! -krzyczałam ze strachu
-A czemu niby miałbym tego nie robić?
-Bo ja tylko szukam przyjaciela, nie chciałam nic tobie zrobić a co dopiero twojemu lasowi .
-Szukasz przyjaciela?! A więc wiedz że już go nie znajdziesz!
-Proszę mniej litości! O łaskawy panie oszczędź me marne życie! Pozwól odejść tej młodej kobiecie o imieniu Alice!
-A...Alice?
-Owszem, a ty panie zwiesz się...?
-Alex! O siostro, przepraszam cię! Myślałem, że to kolejny sługus króla. Wstawaj już!
Wyciągnął do mnie rękę, ale wachałam się czy ją złapać.
-Ali, nie poznajesz mnie?
-Ja...ja...Tęskniłam bracie!
Rzuciłam się na niego z rozwartymi szeroko ramionami aby móc go przytulić. Po tylu latach znowu poczułam to ciepło jego ciała...To najlepsze co mogło mnie teraz spotkać.
-Tylko czemu próbowałeś mnie zabić?
-A po cholerę wlazłaś do lasu?! Nie uczyłem cię że tu się nie wchodzi?!
-Uczyłeś, ale ja tylko szukałam przyjaciela, może go widziałeś? Ciemne włosy, wysoki, ranny.
-Widziałem, ale puściłem go żywego. Ale pewnie i tak daleko nie zaszedł z takimi ranami pewnie wykrwawił się po drodze.
Nagle w naszą stronę ruszyło stado wilków? Słysząc ich kroki już sięgałam po rękojeść miecza.
-O nie, nie, nie, moja droga. To nie wymaga ofiar.
Zdziwiło mnie to. Nagle Alex wydarł się na wilki: Leżeć!
A one posłuchały go i jak udomowione psy układły się na brzuchach.
-Jak ty ,to...?
-Uznajmy, że już długo tu przebywam i potrafię porozumiewać się ze zwierzętami.
Po chwili milczenia znów spytałam:
-Czy to ty mnie wtedy uwolniłeś?
-"Wtedy", to znaczy?
Spojrzałam w niebo, było widać już słońce.
-Wczoraj.
-A możliwe, możliwe... . -uśmiechnął się do mnie.
-Wyglądasz mi na zmęczonego, może udamy się do jednego mojego znajomego? Tam odpoczniesz
-Dobrze, prowadź.
Skierowaliśmy się do domu Jakuba, po drodze rozmawialiśmy o tym co się działo przez ostatnie lata, miesiące, dni... . Czas pomknął jak szalony i zanim się obejrzałam byliśmy już na miejscu. Zapukałam do drzwi, otworzył półnagi Jakub.
-O Boże, przyjacielu byś się ubrał! -powiedział ze śmiechem Alex.
-Alex! Druhu, kope lat! Wchodź i opowiadaj, co u ciebie? Już gotuję wodę. Kawki? Herbatki?
-Podziękuję sobie na razie -powiedział nieśmiało.
-A ty Alice? Coś ,jakoś się nie odzywasz...
-Herbata! ...Poproszę herbaty...
-Dobrze.
Wyjął szklaną filiżankę, włożył do niej torebeczkę z liściami mięty i zalał wrzątkiem.
-Ile słodzisz?
-Dwie łyżeczki cukru lub ewentualnie jedną i pół łyżeczki miodu.
Wyjął  cukiernice, wsypał do filiżanki dwie łyżeczki cukru i zamieszał.
-Proszę bardzo.
-Dziękuję bardzo. A czy mógłbyś się teraz łaskawie ubrać? -powiedziałam żartobliwym głosem.
-A jak panieńka prosi, to nie odmówię.
-Nie panieńka tylko moja siostra! Uważaj na słowa! -krzyknął Alex
-Spokojnie, spokojnie. Jesteś już zmęczony, zaprowadzę cię do sypialni. -powiedziałam do niego  troskliwym głosem. Skierowałam go do pokoju i położyłam na łóżku.

-Obudź mnie o południu.

Powiedział to i od razu zasnął, a co za tym idzie i chrapał.
Wyglądał tak jak kiedyś. Patrząc tak na niego ,przypomniały mi się stare czasy. Stęskniłam się za widokiem mojego brata jednak to chrapanie zawsze mnie irytowało. Przykryłam go pierzyną i wyszłam z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Jakub już zdążył się przebrać.
-Herbatka już wystygła... .
-Trudno, będę piła zimną herbatę.
-...A jak poszło polowanie? Nie było cię cały dzień, martwiłem się o ciebie.
-Niepotrzebnie się zamartwiałeś. A co do polowania...nic nie udało mi się dziś złapać.
-A starczy ci pieniędzy na życie?
-Tak, z tego co mam bez problemu utrzymam nas jeszcze z osiem dni.
-Jakby brakowało ci pieniędzy to mów, zawsze ci pomogę finansowo.
-Dziękuję.Ale... przepraszam, idę na spacer, wrócę za niecałe półgodziny.
-Dobrze, czekam.
Wyszłam z gospody i skierowałam się na rynek, a na słupie zauważyłam list gończy z twarzą Egreta! Zerwałam go i schowałam do torby. Potem chodziłam spokojnie po mieście. Po około 25 minutach wróciłam do domu.
-Która godzina? -spytałam Jakuba
-Trzynasta.
Weszłam do pokoju w którym spał Alex.
-Wstawaj! Już godzina pierwsza po południu!
-Czemu mnie do cholery budzisz?!
-Sam mnie prosiłeś...
-Dobra, zmywamy się stąd!
-Co?
-Musimy uciekać z tego miasta.
-Dlaczego?!
-Delikatnie mówiąc, król chce skrócić nas o głowy, a szczególnie ciebie.
-Ale ja się go tam wcale nie boję! We dwójkę spokojnie damy mu radę!
-Jemu może i tak, ale jego rycerzom już nie tak prędko... . Siostro, to dla twojego dobra.
-Proszę zostańmy tu jeszcze osiem dni!
-Góra siedem.
-Dobrze...
-Nie chcę się wam wtrącać , ale chyba ktoś was szuka -powiedział zaniepokojony Jakub
-O kurwa. Ali schowaj się gdzieś!
-Nie!
-Słuchaj, jak strażnicy cię złapią ,to wtrącą do lochu i zakatują na śmierć!
-A skąd ty to możesz wiedzieć?
-Mam swoje źródła informacji, ale już mniejsza, chowaj się!
-Nie zostawię cię samego, a co jak będziesz musiał walczyć?
-Jakub mi pomoże, mimo pozorów umnie walczyć. Ali, schowaj się i nie wychodź z kryjówki pod żadnym pozorem.
Pobiegłam co sił w nogach do piwnicy i schowałam się w jedej z wielu skrzyń i okryłam jakimś materiałem. Słyszałam krzyki i wrzaski. Po chwili wszystko ucichło. Ktoś zszedł do piwnicy i zaczął przeszukiwać skrzynie. Zamknęłam oczy, rozluźniłam mięśnie i udawałam trupa-to pierwsze co przyszło mi do głowy. Nagle ktoś odkrył materiał i mnie zobaczył.
-Patrzecie! Ona tu jest! Chyba już martwa, ale jest! -krzyczał szczęśliwy.
Do piwnicy weszło jeszcze kilku ludzi. Wyjęli mnie ze skrzyni, położyli na podłodze i okrutnie kopali. Po chwili któryś chciał sprawdzić puls, ale nic nie wyczuł.
"Boże mniej w ochronie takich idiotów" -pomyślałam.
-Dobra, jest już martwa! Zostawcie ciało, idziemy przekazać dobre wieści królowi! -mówił dumny z siebie rycerz
I wyszli. Po jakiś pięciu minutach zszedł do mnie Jakub.
-Alice! Żyjesz?! Odezwij się, proszę! O kurwa! Alex chodź tu!
Alex odrazu zszedł do piwnicy.
-Ali, koniec żartów.
Zaczął mnie łaskotać, na szczęście coś takiego już mnie nie rusza.
-Uparta jesteś! O wstawaj już!
Otworzyłam oczy i zobaczyłam że oboje są ranni, a ja sama chyba miałam złamane żebro. Jakub był ranny w lewą rękę, natomiast Alex miał stylet w prawym barku.
-Co się tu stało?
-Królewscy rycerze...przeszukiwali dom, my stawialiśmy opór, jednak ich było za wielu, poddaliśmy się. A potem sama wiesz... -powiedział Jakub
-To stąd ten sztylet w barku Alexsa...Pomóc ci go wyjąć?
-Jakbyś mogła... -odpowiedział Alexs
-Dobrze, ale uważaj, teraz będzie boleć.
Wyciągnęłam ten sztylet bez większego problemu.
-O kurwa! Cholernie boli!
-Nie krzycz tak, bo oni mogą tu jeszcze wrócić... .
-Nie wrócą.
-Chłopaki, mam pomysł: może od dziś będę spała w piwnicy?
-A jak wybuchnie pożar spłoniesz jako pierwsza.
-To może będę spać w pokoju bez okien?
-Jak chcesz to czemu nie? Ale wtedy w przypadku pożaru lub włamania nie miałabyś drogi ucieczki. A jeśli ci na tym tak zależy to zobacz, tamte drzwi na lewo.
-Dziękuję.
Była już godzina dwónasta wieczorem, więc postanowiłam już położyć się spać. Alex wszedł do pokoju w którym już powoli zasypiałam.
-Słodkich snów, księżniczko.
Pocałował mnie w czoło i poszedł. Po chwili wrócił.
Poczułam jakieś ostrze na ręku. Alex nacinał skórę, aż pojawiła się krew. Poczułam pióro na ranie. Do pokoju wszedł Jakub i darł się na Alexsa: Co ty do cholery robisz?!
-Chcę dać te pióro królowi, aby uznał, że Alice nie żyje. Wtedy da nam spokój.
-Albo oskarży cię o zabójstwo...!
-Przynajmniej ona będzie bezpieczna.
Przytulił mnie i odszedł.
-Masz odważnego brata, młoda. -powiedział do mnie Jakub. Po chwili zgasił świecę, która oświetlała pokój. Słyszałam jak wychodził, więc dyskretnie ruszyłam za nim... .

                                  Alice

piątek, 7 marca 2014

Dziennik Sambora ,Wpis Czwarty


                                               19 kwietnia 1772

    Przepraszam cię Drogi Pamiętniku ,że tak długo do ciebie nie zaglądałem. Myślę ,że zrozumiesz dlaczego tak do ciebie nie zaglądałem ,bo przecież ,nie mógłbyś mnie nie zrozumieć. Miałem dość sporo na głowie a z każdą sekundą ,było coraz to gorzej. Za pewne wiesz ,że jestem kowalem z wieloletnim doświadczeniem i przez wiele lat nie opuszczałem kuźni. Teraz to już przeszłość. Na tej stronie piszę teraz nowy Sambor. Moje życie uległo zmianie ,przez jeden głupi ruch. Odwagę. Jestem pewien ,że gdyby nie to ,że podsłuchiwałem rozmowę króla nie było by mnie teraz tutaj. Piszę do ciebie ,siedząc na pieńku drzewa ,pośrodku jakiegoś ciemnego lasu. Jest zimno a ja nie mam kurtki a moje ciało to jedna wielka plama krwi. Chciałbym ci opowiedzieć ,że dość dużo się pozmieniało. Nawet za dużo.
    Kiedy wyskoczyłem z okna i wleciałem w stos siana ,usłyszałem dość niecodzienny hałas. Alarm. Teraz każdy w obrębie stu metrów wie o tym co się stało na korytarzu królewskim. Teraz jedyne co mi zostało to ucieczka. Jednym zwinnym ruchem wyskoczyłem z siana i stanąłem na nogi. Akurat pech chciał ,żeby zauważyli mnie strażnicy. Ruszyli na mnie ,krzycząc ,,Chodź tu ,sukinsynie" z mieczami w rękach. Ja nie wiedząc co robić ,postanowiłem ,że się poddam. Klęknąłem na ziemi i jedyne o czym mogłem teraz marzyć to o tym by nie odcięli mi głowy. Czekałem ,aż mnie otoczą i zrozumieją ,że się poddaje. Trwało to tylko pięć sekund a oni już nade mną stali. Mierzyli do mnie bronią z uśmiechem na twarzy a ślina spływała im po brodzie. Myślałem ,że to mój koniec. A to był dopiero początek. Podszedł do mnie główny strażnik i przeleciał wzrokiem. Twarz miał jak koń a z jego oczu ,można było wywnioskować... że nie miał ciekawej przeszłości. Uderzył mnie w twarz na tyle mocno bym mógł poczuć jak krew leci mi z nosa. Potem złapał mnie za szyję i jednym silnym ruchem podniósł na nogi i splunął mi w twarz. Następnie rzucił mną o ziemię i odparł:

     - I tak masz leżeć. Nikt ,nie wchodzi mi w drogę ,kiedy ma wartę. Nawet ,taki pies jak ty.
     - Uważaj... Bo ten pies ,okazał się być mądrzejszy i cię przechytrzył. Świnio - powiedziałem to z krwią w      ustach.

   On na te słowa rzucił się na mnie i zaczęliśmy się tarzać po ziemi. Zadawał mi dość nie codzienne ciosy i tak samo ja obudziłem w sobie zabójcę. Wtedy po raz pierwszy ,bez wahania postanowiłem zabić. Przewróciłem go na plecy i jednym ruchem ,wszedłem na niego i zacząłem obijać twarz. W tym samym czasie rzucili się na mnie strażnicy z mieczami a ja wyciągnąłem miecz z pochwy strażnika i zacząłem rzeź. A jednak mój dziadek miał rację ,potrafię walczyć. Na pierwszego rzuciłem się jak lew i zacząłem zadawać cięcia na tyle mocno by po chwili mój przeciwnik padł. Potem się odwróciłem i sparowałem cios przeciwnika i wbiłem mu nóż prosto w gardło. Trzeci przeciwnik miał topór i zamachnął się nim raz a porządnie. Ja zrobiłem obrót na tyle daleko by topór wbił się w ziemię koło mojej stopy. Kiedy już byłem dość daleko od niego ,podskoczyłem w górę i przybrałem dość dziwną pozycję ale na tyle zabójczą by mój przeciwnik dostał mieczem w oko. Zaryczał z bólu ,głośniej ,niż alarm i zaczął wymachiwać we wszystkie strony. Niestety miecz został w oczodole ,więc musiałem uciekać. Z moje pozycji ,wysunąłem nogę i przybrałem pozycję do sprintu. Podczas biegu ,usłyszałem głos mojego leżącego nadal rywala ,, Dopadnę cię ,skurwysynie. Urwę ci twoje jaja i powieszę w kaplicy". Ja jednak się nie odwracałem i biegłem przed siebie a za mną banda strażników. Musiałem dobiec do mojego konia i jak najszybciej uciekać z kraju nic tu po mnie. Jadę po rodzinę i zabieram ich do Austrii. Tam będzie najlepiej. Moja Mama zawsze marzył o odwiedzeniu Opery ,zawsze chciała posłuchać jakieś pięknej muzyki. A teraz ma mnie ,młodego wojownika co jednego dnia zabił 5 osób. Coś strasznego. Mimo tego nie zatrzymywałem się i biegłem dalej ,aż do bramy i do konia... którego tam nie było. Przez chwilę podczas biegu zastanawiałem się gdzie on jest i dopiero teraz sobie przypomniałem ,że źle go przywiązałem. Jednak nie było na to czasu ,by go teraz szukać. Biegłem dalej ,przed siebie. Omijałem miejskie kramy i ulice Warszawy ,które po raz pierwszy widziałem. Skręciłem w końcu w jedną z ulic ,która okazała się być tą ślepą. Mimo tego biegłem dalej ,ponieważ na końcu drogi były uformowane schody z bagaży i słomianych klatek. Mogłem albo zrobić ten ruch ,albo zginąć od strażników ,których tupot stóp zbliżał się coraz bardziej. Zatrzymałem się a kiedy to zrobiłem strażnicy skręcili w uliczkę i zaczęli na mnie biec. Zacząłem coraz szybciej myśleć i teraz to postanowiłem zrobić. Wbiegłem na schodki i zacząłem się po nich wspinać. Byłem już coraz wyżej a kiedy byłem już na szczycie ,zrobiłem skok i chwyciłem się ściany ,na którą się potem wspiąłem. Kiedy byłem już wyżej ,zauważyłem w oddali las ,do którego prowadził tor przez dachy budynków. Zrobiłem skok w stronę najbliższego dachu i już na nim byłem. Teraz tylko nie mogę zeskoczyć ,bo na dole roiło się od strażników. Co raz szybciej i szybciej biegłem po dachach nie zwracając uwagi na wysokość. Wiatr wiał mi w twarz a ja mu pokazywałem ,że się nie daje. Las był coraz bliżej a ja... coraz silniejszy. Biegłem tak coraz szybciej ,aż w końcu zwolniłem ,gdy obok nosa przeleciał mi pocisk wystrzelony przez strażnika. ,, To na to idą nasze pieniądze" pomyślałem. Teraz musiałem być już bardziej ostrożny ale i silniejszy by nie dać się złapać. Przeskakiwałem to z dachu na dach ,by w końcu osiągnąć mój cel. Kiedy już skończyłem mój tor po dachach Warszawy ,zeskoczyłem z dość niskiego domu i wskoczyłem na jakiegoś księdza. Duchowny się przewrócił ,tak samo jak ja. Kiedy już wstałem ,podałem mu rękę i spojrzałem mu w oczy. Kiedy tak na niego patrzyłem wydawał mi się znajomy. Miał niebieskie oczy i siwe włosy ,oraz miał na sobie brudny habit. Nie mogłem sobie przypomnieć jego twarzy ,ale jestem pewny ,że kiedyś go widziałem. Mógłbym pewnie tak dalej na niego patrzeć ,gdyby nie to ,że zmierzali na mnie strażnicy. Przeprosiłem go i rzuciłem mu jedną monetę. Po tym geście ,odwróciłem się i ruszyłem w stronę lasu. A za sobą usłyszałem

  - Twój dziadek byłby z ciebie dumny ,Sambor.

środa, 5 marca 2014

Dziennik Egreta, Wpis Czwarty

19 kwietnia 1772

Wpis czwarty

Postanowiłem odwiedzić moich starych "znajomych ,którzy jak sądziłem ,mogli by mi pomóc .Pojechałem do najbliższej wsi aby kupić jakiś płaszcz i odwiedzić lekarza.
Wioska na szczęście znajdowała się niedaleko ,więc było mi na razie łatwo.Kiedy dotarłem do wsi u jednego z krawców kupiłem zwykły, prosty, szary płaszcz z kapturem. Teraz wypadałoby odwiedzić lekarza.
Medyk był niedaleko ,więc wybrałem się do niego od razu a po drodze zauważyłem LIST GOŃCZY z moją twarzą. "Niebezpieczny, uzbrojony wróg państwowy, jeśli go zauważysz niezwłocznie informuj patrol. Nagroda 250 zł." Musiałem się spieszyć, zaczęły się już listy gończe a to nie dobrze. Czym prędzej pobiegłem w stronę medyka. Na szczęście nie wielu wieśniaków umiało czytać więc nie wiedzieli o nagrodzie. Medyk szybko uporał się z ranami, zapłaciłem mu 15 zł i szybko wróciłem do mojego wierzchowca.
Wyruszyłem do Krakowa, do mojego "znajomego".
Dzieliły mnie trzy dni drogi od niego ,więc ruszyłem od razu ,aby jak najszybciej uciec...
...Dotarłem do Krakowa. Nie pamiętałem dokładnie gdzie mój znajomy mieszkał, ale wiedziałem gdzie go znaleźć.Poszedłem do najbliższej tawerny. Akurat rozpętała się bójka w której dorośli faceci bili się z brutalnością i złością w oczach. Nagle poleciał na mnie jeden mężczyzna z nożem, szybko chwyciłem niedopitą butelkę i rozbiłem mu ją o głowę na tyle mocno by poczuć się bezpieczniej. Szybko osunął się na ziemię, sprawdziłem mu puls czy na pewno żyje (bo czasami przesadzam z uderzeniem), uspokoiłem się, po prostu stracił przytomność, był zbyt pijany aby nie zemdleć. Szybko się podniosłem, znowu jakiś Cieć zaczął biec w moją stronę. Schyliłem się i przerzuciłem go przez plecy i poleciał na ziemię uderzając o ziemie plecami.Szukałem wzrokiem mojego przyjaciela, dopatrzyłem się go przy jednym ze stołów bijącym się z czterema innymi mężami.
Doszedłem do niego, właśnie pokonał ostatniego przeciwnika. Położyłem mu rękę na ramieniu, był wysoki na dwa metry, był także masywnie zbudowany i miał lekki zarost na brodzie. Odwrócił się do mnie i krzyknął:
- Co, następny?
- Och ty stary wieprzu, Jędrzej nie poznajesz mnie?
- Egret?!
- A któż by inaczej?
- Skąd ty się tu wziąłeś?!
- Odwiedzam starych compadre.
- A, to miło cię...
Miał dokończyć gdy nagle kolejny chłop poleciał na nas. Jednocześnie uderzyliśmy go pięściami w twarz.
- Może wyjdźmy stąd, trochę tu tłoczno.
- W sumie masz racje.
Wyszliśmy na zewnątrz. Usiedliśmy na beczkach stojących nieopodal i wróciliśmy do rozmowy.
- No więc opowiadaj co u ciebie?- Spytałem.
-A jakoś, żyję, choć brakuje mi naszych wspólnych przygód. Hehe, pamiętasz?
-Jakże bym mógł zapomnieć, jak na przykład uciekaliśmy z płonącego pałacu Austrii.
-Ach to były czasy.
-A jakże.
-A powiedz, co u ciebie słychać? Jak idzie praca u króla?
-Zostałem wrogiem państwowym i jestem poszukiwany listem gończym.
- CO?! DLACZEGO?!
- Sprzeciwiłem się woli króla. Król podpisał traktat o rozbiór Polski, nasza ojczyzna zmalała, choć tu tego nie widać, na granice weszły wojska Rosyjskie, Pruskie i Austriackie.
-I mówisz, że jesteś teraz poszukiwany tak?
-Tak.
-Świetnie!
-Co?
-Och, nie o to mi chodziło, w końcu jakaś przygoda, a nie same bijatyki w knajpach.
-Widzę, że krew wciąż się w tobie gotuje. Czy chciałbyś mi towarzyszyć w podróży po naszych starych przyjaciół?
-Oczywiście, zawsze razem, pamiętasz.
Uśmiechnąłem się lekko.
- Tak, a więc ruszajmy po Dawida i Alexa.
- A co z Jakubem?
- Jakub został w mieście i tak będziemy tam wracać.
- Racja, ruszamy niezwłocznie?
- Jeśli chcesz...
- A więc ruszajmy idź po swojego konia, ja pójdę po swojego spotkamy się tutaj.
- Dobrze.

Poszedłem po mojego konia i wróciłem na wyznaczone miejsce, czekałem dwie minuty, aż Jędrek się zjawił.
- Więc ruszamy? (spytał)
- Tak, trzeba ratować ten kraj...


sobota, 1 marca 2014

Dziennik Mieczysława .Wpis Trzeci

Dziennik Mieczysława, Wpis trzeci


                                     Czwartek 18 kwietnia 1772 rok

Wstałem około godziny 8.00. Przez jeszcze chwilę leżałem w łóżku rozmyślając o wczorajszym dniu. Kim był ten ,którego tak się bałem? Dlaczego zabijał? Jaki miał cel? Te pytania nie dawały mi spokoju. Skoro zabił strażników to równie dobrze mógł i mnie zabić. Kiedy już skończyłem rozmyślać o wczorajszym dniu wróciłem do dnia dzisiejszego. Umyłem się ,ubrałem na siebie jakieś ubranie i zszedłem na dół. Tam zastałem tajemniczego mężczyznę w kuchni, smarującego chleb masłem. Nie miał na sobie białych szat ani kaptura. W końcu mogłem się przyjrzeć jego twarzy. Całą miał w bliznach i trzeba było przyznać ,że inaczej wyglądał w kapturze a inaczej bez kaptura. Na początku go nie poznałem ale potem przypomniałem sobie kto to. Patrzyłem tak na niego zza drzwi ,które były tylko przychylone. Patrzyłem jak je chleb i popija miodem. W końcu się odwrócił i z buta wyciągnął nóż i rzucił w stronę drzwi tak mocno ,że cały wbił się w drzwi. Przestraszyłem się i od razu wszedłem do pokoju gdzie właśnie przesiadywał. Minę miałem dość przestraszoną choć chciałem pokazać ,że nic się nie stało. Przez chwilę na mnie patrzył jak przechodziłęm od strony drzwi do szafek.Nagle się odezwał. Zaprosił mnie do zjedzenia z nim śniadania a kiedy już usiadłem ,przedstawił się imieniem Dalebor. Zjedliśmy wspólnie śniadanie, podczas którego opowiedział mi kim jest i co tu robi. Nazwał się „Asasynem”. Mówił, że jest to zakon, który od bardzo dawnych czasów walczy z templariuszami. Słyszałem o templariuszach ale nie sądziłem ,że krążą o nich złe opowieści. Słyszałem ,że to przeciwieństwo Krzyżaków. Ale kiedy słyszałem o nich z takiego punktu widzenia... Przestałem się nimi interesować i zacząłem się zastanawiać nad nowym zakonem. Asasynami.
Powiedział, że przybył tu po to aby wyszkolić MNIE na asasyna?!Co ja?! Ja się nie nadaje do zabijania, jestem zwykłym sprzedawcą. Nigdy nie wytknąłem nosa poza granice Warszawy i nigdy nikogo nie zabiłem. Co najwyżej kota sąsiadki bo raz wszedł mi na ogródek i nasrał na trawę. ale nigdy nie zabiłem człowieka. Ale Dalebor nadal drążył temat o moim szkoleniu.


-Widzę w tobie potencjał i chciałbym go w tobie rozwinąć, przecież i tak nie masz wiele do stracenia.
-No cóż, czemu nie.
-Wspaniale! Wyruszymy o zmroku.
-Wyruszymy? Dokąd wyruszymy?
-Do kryjówki asasynów. To kilka pagórków stąd. Idź zacznij pakować najpotrzebniejsze rzeczy... Nie zapomnij także o jakiejś broni.
-Czy jeszcze tu kiedyś wrócę?
-To zależy czy przeżyjesz.
-A mogę zginąć?
-Możesz zginąć. Ale za swój kraj. Nadchodzi mrok Mieczysławie a ty jesteś światłem. Nie ma mroku bez światła ,tak samo jak nie ma dobra bez zła.
-Wasze powiedzenie?
-Nie ,to jest moja zasada. I nią się kieruję. Tak samo jak ty będziesz się kiedyś kierować swoją. Jednakże mamy też i wspólną zasadę. Tą którą kierują się wszyscy Asasyni. A teraz idź po swoje rzeczy.

Po rozmowie pobiegłem na górę się spakować. Wziąłem najpotrzebniejsze rzeczy, jak powiedział mój nowy znajomy. Spakowałem kilka par ubrań, butów oraz trochę prowiantu na drogę. 
Zszedłem na dół z rzeczami, chcąc oświadczyć, że jestem gotowy, ale nagle przypomniałem sobie, że miałem wziąść też broń. Pobiegłem na zaplecze po miecz i dwa sztylety.Kiedy byłem już gotowy wróciłem do niego. Było jeszcze południe, więc do zmroku było jeszcze trochę czasu. Zapytałem co mam robić w tym czasie, a on odpowiedział, żebym pozałatwiał sprawy ze znajomymi.Zrobiłem jak powiedział odwiedziłem swojego sąsiada, poprosiłem, żeby zajął się moim domem i majątkiem w czasie kiedy mnie nie będzie (ufałem mu). Spytał się mnie dokąd jadę.Powiedziałem mu, że wyjeżdzam w interesach. Kiwnął głową i powiedział ,,Dobrze". Wyszedłem i wróciłem do domu. Było około 16 i zaczynało się już ściemniać. Dalebor powiedział, że musimy już ruszać. Kiwnąłem głową na zrozumienie i ruszyłem za nim. Ruszyliśmy z buta do bram miasta a tam czekały na nas konie. W młodości lubiłem jeździć na koniach i często jeździłem na nich. Ale musiałem to rzucić by móc otworzyć interes i zarabiać pieniądze. W końcu wszedłem na konia ,wyprostowałem się ,włożyłem nogi do strzemion ,ruszyłem łydkami i przeszedłem do stempu. To samo zrobił mój znajomy i po 5 minutach byliśmy już poza granicami miasta. W końcu się spytałem mojego znajomego o pewną rzecz ,która nie dawała mi spokoju. Spytałem się go ,jaka jest główna zasada Asasynów. On się odwrócił i odparł:

-Nic nie jest prawdziwe ,wszystko jest dozwolone.

czwartek, 20 lutego 2014

Dziennik Alice, Wpis Trzeci

14 kwietnia 1772 rok, Wpis trzeci

   Całą wczorajszą noc nie mogłam zasnąć i to nie tylko z powodu Egreta...dużo myślałam też o zachowaniu Sambora.
Chyba nie zbyt mnie słuchał i nie zrozumiał tego co do niego mówiłam... .
No ale co? Trudno się mówi, dalej się żyje.
Około godziny ósmej rano zrobiłam Jakubowi śniadanie, ja sama nie zdążyłam zjeść.
Już prawię wyszłam z domu...no i Jakub mnie zatrzymał.
No przecież nie powiem mu po co tak na prawdę idę, bo nie pozwoli mi wyjść z tych czterech ścian.
Znowu musiałam skłamać. Tym razem powiedziałam, że idę na polowanie. I tym razem też mnie puścił.
Po wyjściu wpadłam do Sambora porozmawiać o wczorajszym wydarzeniu.
"Może pomóc mi szukać Egreta, przecież to jego przyjaciel, na pewno zechce mi pomóc"-myślałam.
Trochę nieobecna szłam do jego gospody. Weszłam Sambor bardzo milo mnie ugościł herbatką i ciasteczkiem.
Po chwili milczenia rozpoczęłam rozmowę. Jednak chyba mnie nie słuchał, tylko się na mnie patrzył, jakby tylko czekał aż skaczę gadać.
Więc przeszłam do rzeczy: "Czy pomożesz mi odnaleźć Egreta" -spytałam. Odpowiedzi nie uzyskałam. Podziękowałam mu za gościnę i wyszłam.
Była już godzina 12.30-bardzo się u niego zasiedziałam. Na początku nie wiedziałam gdzie iść-przecież mógł być wszędzie.
Pytałam przechodniów na mieście czy może go nie widzieli, jednak większość nawet nie odpowiedziała.
Szłam więc dalej, odwiedziłam karczmy, bary, lecz tam też go nie było. Na żadnym targu lub w sklepie.
Zaczęłam przeszukiwać łąki i pola. Następnie tereny podmokłe i obok zbiorników wodnych. Szukałam, szukałam, lecz znaleźć nie mogłam.
To jak szukanie igły w stogu siana, w stogu ogromnego siana. Zaczęłam kręcić się przy lasach, jednak jeden omijałam szerokim łukiem.
Wielki czarny las w którym, aż pełno jest stworzeń, które tylko czekają aby cię zjeść. Żaden człowiek, który tam wszedł już nie wyszedł.
"Wejdę tam tylko w tedy, gdy będzie to konieczne."-pomyślałam. W jednym z mniejszych lasków zauważyłam stado zająców-jak można nie skorzystać z takiej okazji?
Wyjęłam łuk i trzy strzały. Powoli naciągałam cięciwę i puściłam strzałę, która wbiła się prosto w kark jednego z większych zająców.
Reszta stada się spłoszyła, no cóż, nigdy nie będziesz miał wszystkiego czego chcesz lub pragniesz. Długo szukałam go w lasach lecz bez skutku.
Przygnębiło mnie to, że nie umiem odnaleźć osoby na której tam mocno, tak bardzo mi zależy. Zostały już tylko dwa miejsca do przeszukania: pałac i czarny las... .
Więc skierowałam się w stronę zamku. Słońce powoli chowało się za choryzontem. A gdy doszłam już do murów panowała już całkowita ciemność.
Okna, które zawsze dawały światło zgasły. Wydawało się, że wpałacu nikogo nie ma.
Obserwowałam ten budynek bardzo długo, aż z mojej ciekawości wdrapałam się na drzewo znajdujące się obok największego okna.
Nic podejrzanego nie widziałam ani nie słyszałam. Wskoczyłam i to był mój OKROPNY błąd. Nagle dwójka strażników wyszła z ukrycia.
Złapali mnie za obie ręce. Desperacko próbowałam uwolnić się z ich uścisków, jednak bezskutecznie.
Bo co taka drobna, niska kobieta może zrobić taki strażnikom? Trzymali mnie bardzo mocno, jakby mięli mi za chwile zmiażdżyć kości.
Krzyczałam z bólu. Po chwili przyszedł rycerz, jednak nie wyglądał jakby chciał mi pomóc. Wręcz przeciwnie miał złowrogi wyraz twarzy.
Wyjął miecz przeczuwałam że to może być już koniec mojego życia. Po mej bladej twarzy spłynęła jedna mała łza.
Gdy rycerz wykierował miecz w moją stronę kopnęłam go w ten sposób, że miecz wypadł mu z ręki.
Robiłam tak ze trzy razy, aż w końcu za czwartym razem podsunęłam miecz pod moje stopy. I wrednie skakałam po nim, wyginając go.
W w tedy rycerz był, aż czerwony ze złości! Kazał wtrącić mnie do lochu. Musieli mnie targać, gdyż ja sama nie chciałam iść. No i cóż?
Byłam już w lochu. OKROPNIE TAM ŚMIERDZIAŁO! Ale to nie było moje największe zmartwienie... .
Czułam się tak, jakby nie było dla mnie jutra. Przeczuwałam, że chcą mnie zabić. W powietrzu unosił się również zapach krwi-przeraziło mnie to.
Musiałam obmyślić jakiś plan ucieczki, jednak najpierw napisałam list. List do mojej siostry-Anny. Długo nie miałam z nią żadnego kontaktu.
Może się ucieszy, że w końcu dałam jej znak, ale gdy przeczyta resztę listu... . Nie chcę zniszczyć jej życia... Będzie miała pewnie poczucie winy, że nie mogą mi pomóc...moja siostra to skarb,a moje ostatnie słowa w życiu skieruje właśnie do niej.
I teraz tak mocno sięgam w pamięć...Alex nauczył mnie polować i tropić, a Anna nauczyła mnie kochać i żyć.
To dla niej ciągle polowałam-jest ciężko chora, a leki kosztują fortunę. Prawie cały mój dorobek oddaję mojej siostrze.
A jeśli umrę...? Kto jej pomoże...? Spłynęła koleja zła... . Muszę obmiślić plan ucieczki i to zaraz! To będzie gra o życie.
Już zaczęłam myśleć i pisać a tu nagle w żelaznych klatach ujrzałam znajomą sylwetkę... .

Alice

wtorek, 18 lutego 2014

Dziennik Sambora ,Wpis trzeci.

 

                                                                  14 kwietnia 1772

   Ostatni wpis zakończyłem tym ,że spotkałem kobietę. To dość przełomowy moment mojej historii ponieważ po raz pierwszy poczułem to uczucie o których wszyscy poeci piszą. Ujmując to jednym zdaniem... Zakochałem się. Stałem tak przybity w ścianę i patrzyłem jak jej zwinna sylwetka przeskakuję to z drzewa na drzewo. Była wygimnastykowana natomiast co do wzrostu ,zaliczała się do tych osób co jak na nie patrzysz masz wrażenie ,że kiedy do niej mówisz to mówisz do podłogi. Była niska ale była piękna. Jej włosy odbijały promienie słońca. Kiedy tak na nią patrzyłem nie zauważyłem ,że w tym samym czasie Egret ma kłopoty. Zorientowałem się kiedy piękna nieznajoma ,spojrzała na mnie wzrokiem mówiącym ,,Co się patrzysz". Jednym zwinnym ruchem ,odwróciłem głowę i spojrzałem na Egreta. Zobaczyłem kogoś jeszcze. Mojego znajomego i króla. Mieli dość poważne miny i oboje patrzyli na Egreta. On sam też nie miał najlepszej miny ,więc wywnioskowałem ,że to nie jest najlepsza rozmowa w życiu mojego przyjaciela. Patrzyłem tak na nich przez chwilę. W końcu przestałem się patrzyć na nich ,kiedy dotknęła mnie czyjaś ręka. Była to... Ona. Z daleka wyglądała bardzo ładnie ale teraz wyglądała przepięknie. Przez jedną sekundę zapamiętałem w niej wszystko to co jest w niej piękne. Jej kolor oczu ,gładką skórę ,jasne włosy ,malutkie i cieniutkie brwi oraz jej małe usta. Patrzyłem się tak na nią jeszcze przez pewien czas ,dopóki się nie odezwała. Mówiła jakieś bzdury na temat ,czemu się na nią gapiłem lub w stylu ,czy my się znamy. Kiedy ona coś mówiła ,ja nadal patrzyłem na jej usta. Kiedy tak na nie patrzyłem czułem ,że zaraz ją pocałuję. Na szczęście się powstrzymałem ,bo gdybym to zrobił za pewne zaraz by mnie tu nie było. I tego pałacu też. W końcu się odezwałem. Ale nie wiem czy zrobiłem dobrze. Powiedziałem:
          -Sambor.
          -Co?
    Wtedy sobie zdałem sprawę ,że nie usłyszałem  ,wcześniejszego pytania. Odpowiedziałem to co przyszło mi na język. Teraz patrzyła się na mnie ze zdziwieniem a jej oczy przybrały rozmiar jednej monety o wyższej wartości. Z tym wyrazem twarzy wyglądała dość śmiesznie i musiałem się mocno powstrzymać przez atakiem śmiechu. W końcu postanowiłem kontynuować rozmowę. Jednak coś mnie powstrzymało. Był to strażnik ,który padł trupem na ziemię. W jego klatce piersiowej pojawił się sztylet. Poznałem ten sztylet. To ten ,który wykułem dla Egreta. Był cały w krwi podobnie jak strażnik. Wtedy spojrzałem na Egreta. Uciekał. A ja wyszedł za ściany i wyciągnąłem sztylet z piersi strażnika. Jeden mocny ruch i go wyciągnąłem. Wtedy usłyszałem gruby ton ,,Łapać go". Był to ten sam facet co ,wcześniej mnie tu miał sprowadzić a za jego słowami ruszyło na mnie dwóch strażników. Kiedy na mnie ruszyli ,krzyknąłem do mojej towarzyszki ,,Uciekaj' a ona jednym dobrze oddanym skokiem ,wyskoczyła przez okno. Teraz miałem na sobie dwóch strażników uzbrojonych w ciężkie miecze i żelazne zbroję. Atakować ich to samobójstwo ale poddanie się to też pewna śmierć. Przybrałem dobrą pozycję a sztylet skierowałem do przodu. Napiąłem wszystkie mięśnie i skupiłem się na przeciwnikach. Wtedy się zaczęło. Jeden z napastników ,żeby mnie zabić postanowił zrobić taki ruch mieczem ,jakby chciał uciąć mi głowę. Ja klęknąłem ,powodując ,że stal przeszła mi nad głową i kiedy przeszła nad moją głową ja od razu przybrałem dawną pozycję. Na mojej twarzy pojawiła się kropla potu a na twarzy przeciwnika... zdziwienie. Jeszcze raz zaatakował ,tym razem zrobił ruch jakby chciał mi wbić miecz prosto w brzuch. Ja zrobiłem obrót w prawo ,powodując ,że mój przeciwnik znowu chybił. W końcu zaczął wymachiwać tym swoim mieczem na wszystkie strony tak jakby chciał mnie pociąć jak rzeźnik ,świnię. Ja robiłem ciągle uniki do tyłu nie dając się dotknąć mieczem. Napastnik nadal mnie atakował a jego przyjaciel patrzył jak próbuję mnie trafić. Moje uniki trwały dość długo ,dlatego jednym ruchem sztyletu ,zablokowałem jego ruch mieczem i wyrwałem mu go z ręki a sztylet wbiłem mu pomiędzy oczy. Na cały pałac ,rozniósł się krzyk a potem upadek trupa. Mój przeciwnik padł ale został jeszcze jeden ,który ze wściekłością ruszył na mnie. Zacząłem parować jego ciosy ale każda próba była nie udana. Walczyliśmy tak do momentu kiedy ten zrobił ruch mieczem ,który prawdopodobnie miał mi odciąć stopy od reszty ciała. Ja podskoczyłem i podczas skoku zadałem cios mieczem. Rozciąłem przeciwnikowi gardło. Kiedy już padł ,rzuciłem miecz na ziemię i popatrzyłem w stronę okna. Nie było już tam mojej nowej znajomej. Były tylko drzewa. Następnie popatrzyłem w stronę króla. Patrzył na mnie z przerażeniem. Kiedy tak na mnie patrzył rzuciłem w jego stronę słowa ,, Niech będzie pochwalona Wasza Wysokość" .I wyskoczyłem przez okno prosto w stóg siana. Przeżyłem.

Dziennik Egreta, Wpis Trzeci

14 kwietnia 1772

Wpis trzeci

Po wyposażeniu się u Sambora poszedłem prosto do pałacu.
Idąc próbowałem unikać patrolów, przez całą drogę było ich około sześć.
Kiedy dochodziłem do pałacu zauważyłem rycerza na białym koniu.
Szybko ukryłem się za najbliższym drzewem i chwilę go obserwowałem.
Kierował się do rynku, pomyślałem "zbliżają się kłopoty".
Ale to nie było moje największe zmartwienie.
Przy wejściu stało dwóch strażników, zapytali kto idzie ale kiedy zobaczyli moją twarz od razu zamilkli.
Jeden wybełkotał, że nie mogę wejść do pałacu uzbrojony.
Więc zciągnąłem miecze, wyciągnąłem noże i dwa sztylety przy pasie.
Specialnie zostawiłem dwa sztylety w butach bo wiedziałem, że bez nich nie wyjdę stąd żywy.
Jeden z nich mnie obszukał i niczego nie znalazł, pomyślałem : "gdzie szkolą takich idiotów".
Kiedy skończył powiedział, że mogę iść, kiwełem głową i poszedłem przed siebie.
Zza pleców usłyszałem : zwołaj posiłki i poinformuj króla.
Uśmiechąłem się ironicznie, cały pałac na mnie patrzył jak na jakiegoś przestępce, a ja se spokojnie szedłem.
Kiedy dotarłem przed sale tronową spotkałem dwóch strażników.
Powiedziałem:
-Idę na audiencję do króla, przepuśćcie mnie!
-Niestety, król jest zajęty, będziesz musiał poczekać.
-To chociaż zawiadomcie go, że tu jestem.
-Ooo, to na pewno zrobimy.
Pomyślałem, że to pewnie jakiś podstęp, ale w tej chwili obaj weszli do komnaty króla.
Czekałem stałem tam 20 min aż zacząłem chodzić w kółko.
Minęło kolejne 40 min, zacząłem się denerwować, pomyślałem, że zwojują posiłki przez drugie wejście.
Porozglądałem się w okół, zauważyłem niedaleko mnie Sambora obserwującego mnie.
Udawałem, że go nie widzę. 2 min później wyszli ci dwaj strażnicy.
Powiedzieli, że król mnie wzywa.
Podeszli do mnie stanęli z dwóch stron, obejrzałem się jeszcze raz na Sambora.
Wtedy zobaczyłem również Alice! Pomyślałem: CO TA DZIEWCZYNA TAM ROBI!
Ale teraz to było nieistotne, właśnie miałem się zobaczyć z królem.
Przekraczając próg drzwi zobaczyłem : dziesięciu rycerzy obok króla, pięciu z lewej i zprawej.
Stali szykiem. Było jeszcze dodatkowo czterech przy drzwiach, plus dwaj co mnie prowadzili.
Czyli łącznie było ich szesnastu. Hmm czekałem godzinę a król sprowadził tylko szesnastu ludzi?
To było podejrzane...
W końcu przemówiłem:
-Królu co ma znaczyć podpalenie mojego domu w czasie gdy śpię?!
-To ja się ciebie pytam co ma znaczyć zabicie czterech królewskich rycerzy?!
-Ci rycerze podpalili mój dom, oraz chcieli mnie zabić, musiałem się bronić.
-Musiałeś? Najpierw krytykujesz moją postawę polityczną, a teraz zabijasz królewskich rycerzy.
Niniejszym na podstawie tych dowodów i twojego przyznania się do winy, ogłaszam cię wrogiem państwa!Pojmać go!
-Tak k*rwa jeszcze czego.
Wtedy wyciągnąłem te dwa sztylety z butów.
Ruszyli na mnie najpierw strażnicy drzwi.
Pierwszym dwóm wbiłem je między oczy, kolejnemu rozciąłem pierś, a następnemu podciąłem gardło.
Pozostała dwójka spróbowała za dać mi cios, trafili mnie w pierś i żebro.
Uznałem, że nie wygram tej bitwy, dlatego wbiłem im sztylety w brzuchy i ruszyłem do okna.
Biegłem krwawiąc, po drodze dwójka ze stojących przy królu chciała mnie zranić, lecz bezskutecznie.
Kiedy byłem metr od okna skrzyżowałem ręce na głowie i skoczyłem.
Szkło rozbiło się w drobny mak kilka kawałków pocięło mi ręce ale niezbyt poważnie.
Wpadłem w krzaki jakiś kwiatów, dokładnie nie wiem jakiś ale dobrze zamortyzowały upadek.
Szybko pobiegłem w stronę wejścia do zamku, po co? a no właśnie, że chciałem odzyskać miecze.
U wejścia byli ci sami dwaj co przedtem, trzęśli się. Wydarłem się na nich, żeby oddali moje miecze, albo ich zabije.
Rzucili mi je prosto pod nogi, oraz moje noże do rzucania i uciekli do zamku, ja założyłem miecze na plecy i ruszyłem w miasto, biegłem w kierunku lasu.
Po drodze potrąciłem kilku ludzi, sam prawie się nie wywalając.
Goniły mnie trzy patrole, ale jakoś zdołałem im uciec.
Minąłem stajnie wskoczyłem na usiodłanego konia i ruszyłem, sprzedawca zaczął wyklinać więc rzuciłem mu około 50 monet pod nogi.
Po dziesięciu minutach byłem już w lesie. Rozbiłem mały obóz, na szczęście koń miał na sobie tkaninę z której zrobiłem prowizoryczny namiot.
Zająłem się opatrywaniem ran, znalazłem kawałek szkła wbity w mój bok.
Rana mocno krwawiła, dziwiłem się, że wcześniej nie poczułem potężnego bólu.
Wyciągnąłem kawałek szkła z ciała, urwałem kawałek tkaniny z "namiotu" i zabandażowałem ranę.
Poszukałem drewna na opał oraz kamieni do rozpalenia ogniska.
Po pięciu minutach udało mi się rozpalić ogień. Poszedłem zapolować.
Udało mi się znaleźć dwa króliki, szybko rzuciłem w nie moimi nożami do rzucania, oba wbiły się im prosto w ich małe główki.
Oskórowałem je i odciąłem głowy, zacząłem je smażyć nad ogniskiem. Po kolacji zgasiłem ognisko, żeby mnie nie znaleźli i położyłem się spać.
Myślałem nad tym gdzie się udam i co zrobię i wymyśliłem...

poniedziałek, 17 lutego 2014

Dziennik Mieczysława, Wpis drugi

Dziennik Mieczysława, Wpis drugi

Środa 17 kwietnia 1772 rok

Dzień nie był słoneczny, wiał zimny wiatr. W powietrzu czuć było tajemniczość. Dziś był dzień, w którym miałem od kowala Tomasza odebrać specyficzny sztylet dla zakapturzonego gościa.
Tajemniczy mężczyzna przyszedł go odebrać, zapłacił dużą sumę 500 złotych.
 Wyszedł bez słowa, kilka godzin później pytali o niego w całym mieście. Nawet strażnicy zawitali do mojego sklepu i przepytywali mnie. Zapytali co kupił, czy mówił do czego potrzebuje tego sztyletu itp.
Na koniec ,,przesłuchania” powiedzieli, że jest to niebezpieczny mężczyzna, i jeśli jeszcze kiedykolwiek go zobaczę mam się z nimi skontaktować. Powiedziałem, że to zrobię, lecz nie zamierzałem tego robić i z nimi współpracować, ponieważ nie raz zabierali mi produkty lub pieniądze.
Gdy wyszli ujrzałem tajemniczego mężczyznę na dachu budynku obok. Nagle skoczył na dwóch strażników, zabijając ich. Byłem w szoku. Szybko wszedł do mojego sklepu z ciałami martwych strażników, mówiąc, że nie ma czasu na wyjaśnienia i muszę go przenocować. Bałem się, że może mnie zabić, więc wskazałem mu pokój…

poniedziałek, 10 lutego 2014

Dziennik Alice, wpis drugi

Wtopiłam się w tłum i szłam tak aż do murów zamku.
Potem unikałam strażników jak ognia, na szczęście żaden z nich mnie nie widział, ale mimo to czułam na sobie czyjś wzrok.
Wysoko z balkonu patrzył się na mnie jakiś mężczyzna.
Możliwe, że to był ten sam człowiek, którego widziałam wcześniej na koniu.
Nie wiedziałam co mam o nim myśleć... .
Postanowiłam jednak wspiąć się tam do niego.
Podczas tej wspinaczki o dziwo zauważyłam Egreta, szedł gdzieś z dwoma dobrze zbudowanymi ludźmi.
Jednak oni też mnie nie zauważyli, chociaż mało brakowało.
Wspinałam się dalej aż dotarłam do tego "obserwatora".
Okazało się, że to Sambor.
Zapytałam się go w prost co tu robi i co robi tu Egret, o ile go zna... .
Odpowiedział, że to tamten rycerz na koniu go tu przyprowadził, a potem wspiął się tam aby uniknąć królewskiej służby.
A co do Egreta...no właśnie podobno uważano go za wroga politycznego kraju, gdyż zkrytykował postawę władcy, który podpisał dokument o oddaniu ziem polskich Rosji... .
Czyli mogę stracić dom, rodzinę i kawałek siebie.
Ziemie ojczystą powinno bronić się, za wszelką cenę, a nie oddawać ROSJANOM.
Nie mogę do tego dopuścić, po prostu nie mogę!
Sambor musiał uspokajać mnie z jakieś dwie minuty.
A potem zauważyliśmy postać zmierzającą do zamku.
Słyszałam kroki, coraz to głośniejsze postanowiliśmy ukryć się w najbliższej komnacie.
Gdy tylko się schowaliśmy do komnaty weszli trzej strażnicy, wiedziałam, że za chwilę nas zobaczą i prawdopodobnie zabiją.
Dałam więc Samborowi jeden sztylet i cztery noże do rzucania.
Podszedł pierwszy i padł od dźgnięcia srebrnym mieczem w plecy, drugi zginął podobnie a trzeciego dosięgnął zabójczy nóż Sambora.
Po tych zabójstwach przebrani w stroje strażników wyszliśmy z zamku.
Sambor powędrował do kuźni, a ja najpierw do sklepu po chleb, wino i miód dla Jakuba, a potem już prosto do jego gospody.
Jednak nikogo nie było w domu, więc musiałam wejść przez okno.
Późnym bardzo późnym wieczorem zjawił się Jakub, a Egreta ciągle nie było.
Rozwiesiłam po domu trzy łapacze snów i próbowałam zasnąć.
Jednak bezskutecznie. Cały czas myślałam o Egrecie, martwiłam się o niego.
Mijały minuty, godziny, a go ciągle nie ma. Niechaj Bóg ma go w opiece... .

Alice

niedziela, 9 lutego 2014

Dziennik Sombora ,Wpis Drugi

                                               
                                                        13 kwiecień , Wpis Drugi


      Moja opowieść zakończyła się wtedy kiedy miałem wyjść na zewnątrz ,ponieważ usłyszałem odgłosy koni. Teraz do niej wracam choć jest to historia ,dość nie przyjemna dla mnie. Wyszedłem na dwór a tam czekał na mnie uzbrojony mężczyzna. Siedział na koniu i przez chwilę patrzył na mnie. Takich jak on było w Polsce kilku a jednak wydawał się inny. Miał piękne szaty wypełnione szlachetnymi kamieniami a na jego głowie widniał żelazny hełm. Był w średnim wieku a twarz całą w bliznach. Miał blond włosy i wydał się być wesoły. Ale wcale nie był. Okazało się ,że jego celem była moja kuźnia i miał mi do przekazania ważną wiadomość.Jednym zwinnym ruchem zszedł z konia i wyciągnął miecz i wymierzył nim w moją stronę. Choć był groźny ja się go nie bałem. Nie mógłby mnie zabić no chyba ,że ma powód. Ale widać było ,że pochodzi z lepszej rodziny i gdyby chociaż mnie tknął okrył by całą swoją rodzinę hańbą. W końcu się odezwałem:
                     - Czego chcesz drogi przybyszu.
                     - Sambor? - powiedział a z jego ust wydobył się dość nieprzyjemny zapach.
                     - Tak ,to ja - odpowiedziałem spokojnie.
                     - Pójdziesz ze mną... Do króla.
                     - Dlaczego miałbym odwiedzać króla o takiej porze.
                     - Każda pora jest dobra do odwiedzenia władcy.
       Myślałem z początku ,że to podstęp ,więc wymyślałem argumenty ,które miały by mnie ochronić przed spotkaniem z królem. Niestety nieznajomy był lepszy i w ciągu następnych 10 minut byłem już na koniu w drodze do Pałacu. Kiedy dotarliśmy na miejsce ,kazał mi zostać na koniu a on sam udał się do siedziby. Czekałem godzinę a potem stwierdziłem ,że nie mam na co czekać. Zsiadłem z konia i postanowiłem sam się udać do środka. Konia przywiązałem do słupa i wszedłem przez bramę do ogrodu. Żeby nie wpaść w łapy strażników musiałem się mocno skradać i mieć wyczulone wszystkie zmysły. Wejście do środka polegało na tym by wejść na dach a potem wskoczyć na balkon a z balkonu do środka. Miałem szczęście bo mogłem trafić w ręce sługów władcy ,którzy przechodzili koło balkonu. Potem moim celem stał się ten co mnie w to wszystko wrobił. Lecz zamiast niego spotkałem starego znajomego Egreta. Chodził po korytarzu i widać było ,że na kogoś czeka. Z minuty na minutę był to coraz bardziej nerwowy ,aż w końcu wyszedł. Nie podobało mi się to ale w końcu pojawił się mój cel. I nie był sam. Koło niego był silnie zbudowany mężczyzna ,który miał dość smutną minę. To samo było widać po moim znajomym. W końcu zaczeli do siebie gadać ,niestety mówili za cicho więc musiałem się zbliżyć. Rozmawiali o Egrecie. Nie były to zdania ,które chciałem usłyszeć. Uważali go za wroga politycznego państwa ,ponieważ skrytykował postawę króla. Wtedy dowiedziałem się dlaczego. Król podpisał dokument umożliwiający oddanie ziem polskich Rosji. Nie widziałem jakie to były ziemie ale moja rodzina mieszka na granicy. Więc jeśli mają dołączyć ziemie polskie do Rosji to na pewno i ziemie mojej rodziny. Wtedy zauważyłem kogoś jeszcze. Była to kobieta.

Dziennik Egreta, Wpis drugi

13 kwietnia 1772
Wpis drugi.

Obudził mnie dym i JAKAŚ KOBIETA!
Drze się do mnie wstawaj, a ja półprzytomny wstaję i szybko chwytam za sztylet, który miałem przy łóżku.
Przybiłem ją do ściany, która powoli zaczęła się już palić.
Przyłożyłem jej sztylet do szyi i zapytałem skąd się tu wzięła.
Powiedziała, że próbuje mnie ratować.
Odstawiłem sztylet po czym zbiegłem na dól schodami.
Wyważyłem drzwi i wbiegłem razem z nią na zewnątrz.
Powiedziała mi, że to jeszcze nie koniec i wtedy zobaczyłem...
Czterech królewskich rycerzy, którzy podpalili mój dom i chcieli mnie zabić.
Poprosiłem "ją" o pomoc w walce, a ona odpowiedziała, że z przyjemnością się zabawi.
Ruszyli na nas szturmem, "ona" była uzbrojona w miecz i łuk, nie to co ja.
Ja miałem tylko marny sztylet, kiedy pierwszy do mnie podbiegł nie czekałem, aż zaatakuje.
Wiedziałem, że mam marne szanse ze sztyletem, dlatego rzuciłem go prosto w napastnika.
Sztylet wbił mu się prosto w głowę.
Kiedy padał na ziemię, szybko wyrwałem miecz z jego ręki.
Ruszyłem na drugiego, okazał się być słabym szermierzem.
Szybko sparowałem jego ciosy i wbiłem mu miecz w pierś.
Ruszyłem pomóc tamtej kobiecie ale ona już pokonała pozostałą dwójkę.
Podziękowałem za pomoc ruszyłem do furtki, bo akurat w tym momencie dom zaczął się walić.
Kiedy wyszliśmy już za posesję spytałem jak ma na imię, odpowiedziała, że ma na imię Alice.
Spytałem ją jak tu się znalazła...
Opowiedziała mi, że mnie śledziła, kiedy spłoszyłem jej rysie podczas polowania.
Szła za mną cały dzień, wślizgnęła się nawet do pałacu.
Spytała mnie co stało się w komnacie króla, dlaczego byłem taki zdenerwowany po wyjściu.
Odpowiedziałem, że dowiedziałem się o pewnej decyzji króla i jej konsekwencjach.
Poszedłem z nią do mojego przyjaciela Jakuba, ufałem mu najbardziej ze wszystkich.
Opowiedziałem mu o całym zajściu i poprosiłem o nocleg.
Nie pytał o nic, wiedział, że prowadzę ryzykowne życie.
Nie zapytał nawet o Alice.
Ubrałem się, byłem gotowy do wyjścia, lecz, lecz jak zwykle Jakub mnie ubszedził.
Była z nim Alice. Jakub zapytał dokąd idę.
Odpowiedziałem, że muszę załatwić pewne rzeczy na mieście, oraz złożyć komuś wizytę.
Powiedział mi tylko żebym na siebie uważał. Kiwnąłem mu tylko głową.
Poprosiłem Alice, żeby tu została, a Jakuba, żeby ją przypilnował.
Poszedłem do znajomego kowala Sambora.
Znał mnie, kilkakrotnie tu byłem, zaprzyjaźniliśmy się.
Poprosiłem go o to co zwykle: Dwa miecze, cztery sztylet i cztery noże.
Miecze nosiłem zwykle na plecach, dwa sztylety miałem w butach, pozostałe dwa przy pasie, na noże miałem specialne przegrody w pasie.
Miał wszystko wiedział czego potrzebuję.
Zapytał po co mi to wszystko, co planuję zrobić i gdzie wcześniejsze wyposażenie?
Powiedziałem, że idę złożyć wizytę królowi, a on na to, że zwariowałem.
Odpowiedziałem, że nie bardziej niż zwykle i wtedy oboje się uśmiechneliśmy.

Egret
Soll

Dziennik Mieczysława, Wpis pierwszy

Dziennik Mieczysława, Wpis pierwszy

Sobota 13 kwietnia 1772 rok
Był słoneczny dzień, jak w każdą sobotę siedziałem z gazetą i piwem. Klientów w soboty nie mam za wielu, więc mogłem się odprężyć i pomyśleć o przyszłości: o założeniu rodziny, kupnie większego domu, rozszerzenia biznesu…
W końcu odwiedził mnie pewien tajemniczy człowiek, którego imienia nie podał. Ubrany był w białe szaty z kapturem, zauważyłem też trochę czerwieni z tyłu i na ramionach.  Zapytał, czy przyjmuję zamówienia na różne rodzaje broni. Odpowiedziałem, że owszem, lecz za dopłatą. Zamówił sztylet, lecz o niestandardowym kształcie. Sztylet ten był "specyficzny", budową był ukośny z pustą rączką i nakładką. Powiedziałem mu, że postaram się go przygotować do następnego tygodnia.  Mężczyzna podziękował i wyszedł. Po wizycie niezwykłego gościa pobiegłem do znajomego kowala Tomasza. Opowiedziałem mu zdarzenie i przekazałem szkic sztyletu. Miałem odebrać go w środę…

sobota, 8 lutego 2014

Dziennik Alice Wpis pierwszy

12 kwietnia 1772 rok, wpis pierwszy

Dzisiejsze popołudniowe polowanie było nawet udane gdyby nie on. Jakiś mężczyzna, który biegł od strony Prus spłoszył upatrzone wcześniej przeze mnie rysie, wydawał się podejrzany, więc postanowiłam go śledzić, a przy okazji na rynku w centrum wpadłam do kuźni po mój specjalny miecz do polowań robiony na zlecenie z czystego srebra, gdyż stary był już w opłakanym stanie, no cóż, wszystko co jest idealne kiedyś się psuje.
Po wyjściu z kuźni znowu zaczęłam śledzić tamtego człowieka, szedł wieloma wąskimi oraz krętymi uliczkami.
Chwilami mało brakowało, aby mnie zauważył, jednak mój świętej pamięci brat Alex pokazał mi jak radzić sobie w takich sytuacjach.
Brakuje mi go jednakże Bóg tak postanowił, a Bogu się nie sprzeciwisz.
A wracając, gdy podsłuchiwałam jego rozmowy z paroma osobami, okazało się iż ma na imię Egret.
Jest szpiegiem i pracuje dla samego wielmożnego króla, który wysłał go na misję zwiadowczą do Prus.
Szedł właśnie w kierunku zamku, a ja o krok za nim ukryta w tłumie nie spuszczałam go z oczu.
Weszliśmy razem do zamku i od razu po wejściu ukryłam się w jednej z komnat - musiałam chwilę pomyśleć "- i co teraz?"
Nagle przypomniały mi się nauki brata i po cichutku udało mi się prześliznąć aż do drzwi, skąd idealnie było słychać rozmowę Egreta z królem.
Nie była to nie wiadomo jak długa rozmowa, jednak sporo mogłam się dowiedzieć, a gdy głosy ucichły od razu uciekłam do komnaty obok.
Słyszałam tylko głośne trzaśnięcie drzwiami.
Po wyjściu z zamku znowu całą drogę do jego gospody szłam za nim jak pies i tylko, gdy patrzył za siebię ja odwracałam się do niego plecami.
Potem on wszedł do gospody, rozpalił w kominku i położył się spać.
Postanowiłam przyczaić się na drzewie obok, około pół godziny po zaśnięciu Egreta zjawili się mężczyźni z bronią.
Było ich czterech, dwóch niosło pochodnie.
Dwójka nosząca pochodnie podeszła pod dom, odwrócili się na pozostałą dwójkę która stała przy furtce.
Rzucili pochodnie pod dom, który po chwil zaczął się palić.
Postanowiłam zareagować, szczęśliwym trafem drzewo na którym byłam było naprzeciwko otwartego okna.
Przygotowałam się i skoczyłam...

piątek, 7 lutego 2014

Dziennik Sombora ,wpis pierwszy.

                            

                         Dziennik Sombora ,Wpis Pierwszy


                                                                 12 kwietnia, 1772 rok.

      Siedziałem sobie beztrosko w kuźni ,paląc moją fajkę. Było słoneczne popołudnie a nad niebem latały ptaki. Ciepło wydobywało się od pieca a ja plecami do niego siedziałem na dębowym krześle. Kiedy cały mój tył był już ogrzany ,postanowiłem odwrócić krzesło w stronę centrum całego ciepła. Kiedy paliłem fajkę myślałem o mojej rodzinie. Mam małą rodzinę ,więc każdą wolną chwilę spędzam na rozmyślaniu jak się czują i czy jeszcze chociaż żyją. Myślałem o Matce, Ojcu oraz o mojej Siostrze. Kiedy tak siedziałem ,od strony drzwi dochodziły odgłosy miasta. Moja kuźnia była wybudowana w centrum przez co miałem lepszy dostęp do wszystkich produktów mi potrzebnych. Praca kowala to naprawdę trudna praca i często się zdarza ,że zabraknie jakiś materiałów albo młot się zepsuję. Kiedyś miałem kuźnię daleko w lesie ,gdzie trudno mi było o części. Ale miałem blisko do rodziny. Widywałem ich codziennie ,teraz prawie wcale. Dlatego właśnie tak często rozmyślam o rodzinie. Bo nigdy jej nie widzę. Dlatego takie momenty są dla mnie najlepsze. Kiedy mogę pomyśleć o bliskich.
     Nagle usłyszałem zza drzwi tupot podków od koni. Pomyślałem ,że przybyli ludzie o nowe wyposażenie dla zwierząt ,dlatego wyszedłem by się przywitać.Jeszcze zapaloną fajkę zostawiłem na biurku koło małego nożyka. Dostałem go od dziadka kiedy miałem 5 lat. Jedyna pamiątka po nim. Mówił mi ,że należał do nieznajomego ,który jak mówił ,,przypominał mordercę''. Opowiadał ,że miał kaptur ,miecz ,nóż i dziwny karwasz na którym błyszczało metalowe... coś. Dziadek mówił ,że dostał to w zamian za pomoc przy napadzie na konwój. Dziadek przechodził blisko ,kiedy zobaczył jak zakapturzony atakował przeciwników a oni jego. Wtedy właśnie dziadek ruszył do akcji by pomóc zakapturzonemu. Podobno nieznajomy zabił 10 ludzi na raz. Zabił by 11 gdyby nie to ,że dziadek podszedł jednego od tyłu i centralnie w serce wbił ostry patyk znaleziony w pobliżu. Kiedy słuchałem tej opowieści dziadek powiedział ,że właśnie dlatego nazwał mnie Sombor. Sombor z Słowiańszczyzny oznacza ,,walka" i powiedział mi ,że płynie we mnie krew wojownika. Oczywiście ja w to nie wierzę ,przecież jestem zwykłym kowalem z nadzieją ,że jeszcze zobaczę rodzinę. Po chwili wróciłem do rzeczywistości i wyszedłem na dwór. I wtedy wszystko się zaczęło.

Dziennik Egreta, wpis pierwszy

12 kwietnia, 1772 rok
Wpis pierwszy.
Wczoraj stała się rzecz straszna...
Mianowicie podpisano akt o rozbiory naszej Polski.
Niestety ja byłem zbyt daleko aby temu zapowiedz, król wysłał mnie na misję zwiadowczą do Prus.
Gdy wróciłem było już za późno...
Długo pytałem króla dlaczego to zrobił, ale on milczał, aż po pewnym czasie zagroził mi banicją jeżeli nie skończę mówić.
Wtedy zamilkłem, wychodząc w gniewie mocno trzasnąłem drzwiami, nie po to aby go zdenerwować tylko ze zwykłego gniewu.
Wróciłem do swego domu, przebrałem się i rozpaliłem w kominku.
Całą noc nie mogłem spać, bo myślałem o tym co niedługo się stanie.
Chyba przez zmęczenie lub rzez senność widziałem cienie w oknach.
Podeszłem to sprawdzić lecz niczego tam nie było.
Postanowiłem położyć się wkońcu spać i to był mój wielki błąd...
Egret
Soll

Wstęp

                                  

                               Witajcie Bracia i Siostry


    Strona ,,Polskie Bractwo Assassynów" chce wam przedstawić wspólną misję która będzie polegała na stworzeniu opowieści za czasów rozbiorów Polski. Podczas pisania historii ,będziemy się starali jak najlepiej ukazać w niej fakty historyczne oraz dodamy trochę fantastyki której wyczerpaliśmy z serii gier  ,,Assassins Creed".  Bohaterami naszej książki będą: Sambor ,Mieczysław ,Alice i Egret. Celem naszych bohaterów ,będzie powstrzymanie Carycy Katarzyny przed usunięciem Rzeczypospolitej z mapy świata. Każdy z nich pochodzi z innego zakątka kraju i poznają się dopiero wtedy kiedy dowiadują się o planie władczyni. Wspólnie będą szkoleni na mistrzów w sztuce zabijania i uświadomią sobie ,że czasami ,żeby osiągnąć jakiś cele ,trzeba będzie sobie nawzajem pomóc. Zapraszamy was do czytania i życzymy wam miłej przygody wraz z naszymi Assassynami. Pozdrawiamy was Bracia i Siostry.






   

                                                                                                 P.s
                                                                                  Nic nie jest prawdą wszystko jest dozwolone
                                                                                      







                                                                    https://www.facebook.com/PolskieBractwoAsasynow