wtorek, 15 kwietnia 2014

Dziennik Egreta, Wpis Piąty

23 kwietnia 1772

Wpis Piąty

Następnym miastem którym postanowiłem odwiedzić z Jędrzejem były Chojnice.
Bowiem w Chojnicach zamieszkiwał nasz kompan Dawid. Podróż zajęła nam 4 dni.
Gdy dotarliśmy do miasta, spotkaliśmy wojsko Pruskie stacjonujące w tej mieścinie.
Zaklnąłem pod nosem i powiedziałem do Jędrka, żeby zachował spokój.
Wjechaliśmy przez główną bramę. Przywitałem strażnika skinięciem głowy.
Zaczął mówić do mnie po niemiecku, na szczęście znałem ten język i nawiązałem rozmowę.
-Willkommen in deiner Gnade. (Witajcie waszmości)
-Wo kommst du her? (Skąd przybywacie)
-von Krakau. (z Krakowa)
Splunąl
-So Pole? (A więc Polak)
-Also, gibt es ein Problem? (Tak, czy to jakiś problem)
-Diese Länder sind nun Teil von Preußen (Te ziemie należą teraz do Prus)
-Ich bin hierher gekommen, um einen Freund zu besuchen (Wiem, przybyliśmy tu odwiedzić przyjaciela)
-Yhym, interessant, wirklich interessant. Nun, ich lasse Sie fahren. (Yhym, ciekawe, naprawdę ciekawe. Dobrze pozwalamwam przejechać.

-Vielen Dank, Sir (Dziękuje Sir)
Odwróciłem się do Jędrzeja i zawołałem: -Chodź, jedziemy!
Kiedy przejechaliśmy przez mury Jędrek zapytał:
-Żadnych problemów?
-Żadnych, ale musimy się stąd szybko zawijać.
-Aha... Rozumiem.
Pojechaliśmy w stronę domu Dawida, mieszkał na łące leżącej blisko lasu.
Po drodze zauważyłem, iż wszyscy się na nas patrzą, wiedziałem, że będą problemy z powrotem...
Dojechaliśmy do domu Dawida, Całkiem ładny dom. -Pomyślałem. Robił właśnie na polu.
Zawołałem go, on krzyknął pytająco ,,Egret"? Odpowiedziałem ,,tak". Zrobił zdziwioną minę i zaczął uciekać...Zdziwiło mnie to trochę, więc zacząłem go gonić aby dowiedzieć się o co mu chodzi.
Uciekał, doganiałem go, choć nie było to takie proste, gdyż wciąż był bardzo szybki. Zaczął wspinać się na drzewo. Gdy dobiegłem zaczął do mnie krzyczeć z drzewa po niemiecku.
Wciąż bawi mnie wspominanie tamtej sytuacji . :
-Dawid co z tobą?!
-Lass mich in Ruhe!(Zostaw mnie w spokoju!)
-Gadaj po polsku, a nie pierdol po niemiecku!
-Nein! (Nie!)
-Ehh jak chcesz. Czemu przed nami uciekałeś?
-No właśnie!-wtrącił Jędrek
-Lass mich in Ruhe! (Zostawcie mnie w spokoju!)
-Nie, dopóki nam nie powiesz o co chodzi!
-Ehh auf gut (Ehh no dobrze), w skrócie musicie stąd uciekać.
-Teraz to jakoś umiesz mówić po ojczystym języku, co?
-Nie marudź Egret.
-No dobra. Czemu?
-Jak już wiecie miasto należy teraz do Prus, jeżeli zaraz się stąd nie wyniesiecie, będą na was polować.
-Bez ciebie nie jedziemy!
-Na co wam ja?!
-Musimy ratować nasz kraj!
-Czemu?!
-Dowiesz się potem.
-Dobra, ale to ostatni raz.
-No to złaź już z tego drzewa.
Zeskoczył z drzewa lądując zgrabnie na ziemi.
- Chodźcie za mną muszę zabrać parę rzeczy z domu -powiedział.
Weszliśmy do jego chatki, była dość skromna jak już przedtem mówiłem.
Dawid podszedł do bogato zdobionego kominka. Na górze kominka były wyrzeźbione 3 kwiaty.
Przekręcił środkowy kwiat, kominek się rozstąpił, ujrzeliśmy schody prowadzące w dół.
-Nieźle -powiedziałem.
Dawid odwrócił lekko głowę i się uśmiechnął.
-Idziemy? -Zapytał drwiąco.
-Ehem em... Tak. -Powiedział Jędrzej drwiącym głosem.
Zeszliśmy na dół, ujrzeliśmy "niezły" to mało powiedziane skład broni.
Wziął ze ściany szeroką szablę, ze stołu wziął sześć pistoletów skałkowych.
-Po dwa dla każdego- Powiedział i wręczył nam pistolety.
-Dobra wynośmy się stąd.
-Słusznie- Krzyknął Jędrek.
Wyszliśmy na zewnątrz i dosiedliśmy koni, niestety mieliśmy tylko dwa, więc Dawid musiał jechać ze mną.
Zaproponowałem, żeby kupić jeszcze jednego konia, lecz on odmówił mówiąc, ze nie ma czasu.
-Musimy znaleźć inną drogę, bo pewnie główną bramą już nie wyjedziemy. - Powiedziałem
-Masz rację Egret, Dawid jest tu jakieś inne wyjście, nie pilnowane przez straże, albo o ich małej liczbie?
-Hmm... Chyba jest jedno...
-Świetnie, a więc jedźmy!- Krzyknął Jędrek
-Nie tak prędko Jędrek, to nie takie proste -powiedział Dawid
-Czemuż to?
-Wyjście może jest, ale dostać się do niego nie jest tak łatwo, przejście należy do rabusiów i złodziei...
-Czyli "Gildii Złodziei"?
-Tak i w tym jest problem, mogą tamtędy przejeżdżać członkowie gildii, albo zwykli ludzie płacąc wysokie pieniądze.
-Żaden problem, damy radę, prowadź.
-A-a-aa-ale Egre...
-Prowadź, nie marudź.
Zajechaliśmy w ciemną alejkę, prowadzącą do "tajnego wyjścia" z miasta. Zauważyłem około pięć osób w oknach i na dachach patrzących na nas. Krzyknąłem:
- Wyjdźcie i nie chowajcie się, wiemy że tu jesteście!
Cisza, lecz nagle z cienia wyszło około tuzina osób. Wyciągnąłem z kieszeni pierścień... Pierścień Gildii Złodziei!
Dawid i Jędrzej patrzyli na mnie w osłupieniu, ja zaś podniosłem wysoko pierścień i krzyknąłem:
-Mam na imię Egret Soll! Lecz w gildii przyszło mnie zwać...- Przerwałem.
Cisza. Głucha cisza trwająca nie więcej niż dwie minuty, lecz zdawała się trwać wiecznie.
W końcu z tłumu wynurzył się krzepki mężczyzna będący w sile wieku, lecz mający pasy siwych włosów po bokach głowy.
-Miło Cię znów widzieć Bury kruku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz