środa, 26 marca 2014
Dziennik Mieczysława ,Część Czwarta.
15 kwietnia 1772
Kiedy tak do ciebie pisze pamiętniczku ,zawsze myślę co mogę ci powiedzieć najciekawszego. W ciągu moich dni ,nie dzieje się za wiele ,ale zawsze coś interesującego. I tak co dnia. W zeszłym tygodniu miałem dość mało przygód ,lecz mimo tego coś napisałem. Ale teraz... Chyba rozpiszę się na wszystkie strony ,jakie masz w sobie. Odkąd do ciebie pisałem ,wydarzyło się tyle rzeczy. Dlatego musisz być bardzo dokładny w zrozumieniu tego co piszę. Zaczynam.
Jechałem sobie na koniu przez las. Wszystko było by dobre dla mnie ,gdyby nie to ,że jechałem w nieznane mi strony. Przede mną jechał mój nowy znajomy ,którego imię... zapomniałem. Może dlatego ,że jego imię było słowiańskie i trudno je było dla mnie wymówić. A idealnie władałem słowami i zdaniami. Jednak on władał natomiast ,dobrze mieczem i czymś ostrym przyczepionym do jego skórzanego karwaszu. I wydawał się być w tym zabójczo dobry. Na jego szatach nadal widziałem ślady krwi ,które musiał mieć jeszcze ze ostatnich zabójstw. Tylko nie wiedziałem ,co zrobił z trupami. Oby nie zostawił ich w moim domu. Bo jeżeli wrócę nie chce by przywitał mnie smród zgniłej skóry. I nagle sobie przypomniałem ,że mój sąsiad obiecał mi ,że zajmie się moim domem. I jeżeli napotka na drodze jakieś trupy... Będzie nie ciekawie. Jednak po dłużej chwili przestałem się tym martwić. Mam dobrego sąsiada i na pewno mi uwierzy. A nawet ,jeśli nie to i tak powie ,że nic się nie stało... Jak zawsze.
Nagle jednak mój mistrz się zatrzymał. Popatrzył się na mnie a potem w lewo i w prawo. A następnie ruszył dalej. Widać było tylko jedną różnicę... przyśpieszył. Teraz zamiast wolnego chodu ,przeszliśmy w żywy stemp a potem w kłus. Z początku było wolno ,ale potem ruszyliśmy już jak najszybciej się da. A potem był już galop. Widać było ,że przed czymś ucieka. Ale przed czym. Za nami było pusto a obracając głowę to na prawo i na lewo ,nie mogłem zauważyć żywej duszy. W końcu jednak się zatrzymał na skrzyżowaniu dróg. Jedna droga wiodła na morze ,kolejna na Kraków ,trzecia zaś do Poznania. Staliśmy tak już dobrą minutę. Dokładną minutę ,ponieważ podczas tej ciszy nudząc się zacząłem liczyć. I policzyłem do sześćdziesięciu. W końcu otworzyłem buzię by móc coś powiedzieć ,jednak mój nowy ,,Mistrz" pokazał mi palec na znak ciszy. Staliśmy już teraz kolejną minutę a potem następną ,aż w końcu... usłyszałem wycie wilka. Wtedy mój znajomy odparł :
-Co wziąłeś na drogę?
-To co na podróż jest najważniejsze - odparłem spokojnie - Ubrania i Jedzenie.
-A powiesz mi jaki typ jedzenia wziąłeś? - teraz był już podenerwowany.
I dopiero sobie teraz zdałem sprawę z tego co wziąłem. Mięso. A to co poprzednio usłyszałem ,było bardzo głodne i uwielbiało mięso. Bez wątpienia był to wilk a teraz była pora na jedzenie. Północ.
-Nie uciekniemy ,już od nich - odparł Mistrz - i tak nas wytropią.
-A co gdyby je wszystkie zabić.
Na te słowa rzucił mi szablę pod kopyta konia i odparł ,,Powodzenia" i odjechał galopem w stronę Poznania. Nie miałem innego wyboru. Nie mogłem wilkom rzucić mięsa bo nie będę miał co jeść ,lecz jeśli rzucę się na nie... prawdopodobnie zginę. Siedziałem tak jeszcze w siodle z kilka sekund ,aż zobaczyłem ,że zostałem otoczony przez watahę moich przeciwników. Nie zdając sobie sprawy z tego co robię ,zszedłem z konia i podniosłem szablę. Przyjąłem pozycję i zmieniłem wyraz twarzy. Z twarzy przestraszonej na bardziej przerażoną. Nogi mi się trzęsły a wilkom tylko szczęki ,które chciałby już zanurzyć kły w krwistym mięsie. Kiedy tak stałem ,pomyślałem ,,Cholera w mojej głowie ,wyobrażałem siebie inaczej". Stojąc tak zacząłem zdawać sobie sprawę ,że zaraz zginę. I wtedy się zaczęło. Jeden z wilków rzucił się na mnie i w locie już pokazywał swoje kły na znak tego ,że zaraz mnie zje. Ja jednak ,przyjąłem zamach i zaatakowałem mojego wroga. Teraz leżał martwy z otwartym brzuchem z którego lała się krew. Wtedy sobie zdałem sprawę. Jestem w tym dobry. Przez następne dziesięć minut odpierałem ataki watahy ,zabijając każdego po kolei i z większą precyzją zadając ciosy. Teraz wszyscy leżeli martwi a ja stałem dumny z siebie na skrzyżowaniu ,które teraz jest przeze mnie nazywane ,,Skrzyżowaniem Krwi". Jednak nie był to czas na tworzenie nowych nazw. Nadal jestem w Polsce i muszę się wybrać do pewnego miejsca ,którym interesowałem się odkąd się urodziłem. Poznań. Miasto w którym ,poznam odpowiedź na moje pytanie. Jednak dziwiła mnie jedna rzecz. Dlaczego Poznań?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz