piątek, 7 marca 2014

Dziennik Sambora ,Wpis Czwarty


                                               19 kwietnia 1772

    Przepraszam cię Drogi Pamiętniku ,że tak długo do ciebie nie zaglądałem. Myślę ,że zrozumiesz dlaczego tak do ciebie nie zaglądałem ,bo przecież ,nie mógłbyś mnie nie zrozumieć. Miałem dość sporo na głowie a z każdą sekundą ,było coraz to gorzej. Za pewne wiesz ,że jestem kowalem z wieloletnim doświadczeniem i przez wiele lat nie opuszczałem kuźni. Teraz to już przeszłość. Na tej stronie piszę teraz nowy Sambor. Moje życie uległo zmianie ,przez jeden głupi ruch. Odwagę. Jestem pewien ,że gdyby nie to ,że podsłuchiwałem rozmowę króla nie było by mnie teraz tutaj. Piszę do ciebie ,siedząc na pieńku drzewa ,pośrodku jakiegoś ciemnego lasu. Jest zimno a ja nie mam kurtki a moje ciało to jedna wielka plama krwi. Chciałbym ci opowiedzieć ,że dość dużo się pozmieniało. Nawet za dużo.
    Kiedy wyskoczyłem z okna i wleciałem w stos siana ,usłyszałem dość niecodzienny hałas. Alarm. Teraz każdy w obrębie stu metrów wie o tym co się stało na korytarzu królewskim. Teraz jedyne co mi zostało to ucieczka. Jednym zwinnym ruchem wyskoczyłem z siana i stanąłem na nogi. Akurat pech chciał ,żeby zauważyli mnie strażnicy. Ruszyli na mnie ,krzycząc ,,Chodź tu ,sukinsynie" z mieczami w rękach. Ja nie wiedząc co robić ,postanowiłem ,że się poddam. Klęknąłem na ziemi i jedyne o czym mogłem teraz marzyć to o tym by nie odcięli mi głowy. Czekałem ,aż mnie otoczą i zrozumieją ,że się poddaje. Trwało to tylko pięć sekund a oni już nade mną stali. Mierzyli do mnie bronią z uśmiechem na twarzy a ślina spływała im po brodzie. Myślałem ,że to mój koniec. A to był dopiero początek. Podszedł do mnie główny strażnik i przeleciał wzrokiem. Twarz miał jak koń a z jego oczu ,można było wywnioskować... że nie miał ciekawej przeszłości. Uderzył mnie w twarz na tyle mocno bym mógł poczuć jak krew leci mi z nosa. Potem złapał mnie za szyję i jednym silnym ruchem podniósł na nogi i splunął mi w twarz. Następnie rzucił mną o ziemię i odparł:

     - I tak masz leżeć. Nikt ,nie wchodzi mi w drogę ,kiedy ma wartę. Nawet ,taki pies jak ty.
     - Uważaj... Bo ten pies ,okazał się być mądrzejszy i cię przechytrzył. Świnio - powiedziałem to z krwią w      ustach.

   On na te słowa rzucił się na mnie i zaczęliśmy się tarzać po ziemi. Zadawał mi dość nie codzienne ciosy i tak samo ja obudziłem w sobie zabójcę. Wtedy po raz pierwszy ,bez wahania postanowiłem zabić. Przewróciłem go na plecy i jednym ruchem ,wszedłem na niego i zacząłem obijać twarz. W tym samym czasie rzucili się na mnie strażnicy z mieczami a ja wyciągnąłem miecz z pochwy strażnika i zacząłem rzeź. A jednak mój dziadek miał rację ,potrafię walczyć. Na pierwszego rzuciłem się jak lew i zacząłem zadawać cięcia na tyle mocno by po chwili mój przeciwnik padł. Potem się odwróciłem i sparowałem cios przeciwnika i wbiłem mu nóż prosto w gardło. Trzeci przeciwnik miał topór i zamachnął się nim raz a porządnie. Ja zrobiłem obrót na tyle daleko by topór wbił się w ziemię koło mojej stopy. Kiedy już byłem dość daleko od niego ,podskoczyłem w górę i przybrałem dość dziwną pozycję ale na tyle zabójczą by mój przeciwnik dostał mieczem w oko. Zaryczał z bólu ,głośniej ,niż alarm i zaczął wymachiwać we wszystkie strony. Niestety miecz został w oczodole ,więc musiałem uciekać. Z moje pozycji ,wysunąłem nogę i przybrałem pozycję do sprintu. Podczas biegu ,usłyszałem głos mojego leżącego nadal rywala ,, Dopadnę cię ,skurwysynie. Urwę ci twoje jaja i powieszę w kaplicy". Ja jednak się nie odwracałem i biegłem przed siebie a za mną banda strażników. Musiałem dobiec do mojego konia i jak najszybciej uciekać z kraju nic tu po mnie. Jadę po rodzinę i zabieram ich do Austrii. Tam będzie najlepiej. Moja Mama zawsze marzył o odwiedzeniu Opery ,zawsze chciała posłuchać jakieś pięknej muzyki. A teraz ma mnie ,młodego wojownika co jednego dnia zabił 5 osób. Coś strasznego. Mimo tego nie zatrzymywałem się i biegłem dalej ,aż do bramy i do konia... którego tam nie było. Przez chwilę podczas biegu zastanawiałem się gdzie on jest i dopiero teraz sobie przypomniałem ,że źle go przywiązałem. Jednak nie było na to czasu ,by go teraz szukać. Biegłem dalej ,przed siebie. Omijałem miejskie kramy i ulice Warszawy ,które po raz pierwszy widziałem. Skręciłem w końcu w jedną z ulic ,która okazała się być tą ślepą. Mimo tego biegłem dalej ,ponieważ na końcu drogi były uformowane schody z bagaży i słomianych klatek. Mogłem albo zrobić ten ruch ,albo zginąć od strażników ,których tupot stóp zbliżał się coraz bardziej. Zatrzymałem się a kiedy to zrobiłem strażnicy skręcili w uliczkę i zaczęli na mnie biec. Zacząłem coraz szybciej myśleć i teraz to postanowiłem zrobić. Wbiegłem na schodki i zacząłem się po nich wspinać. Byłem już coraz wyżej a kiedy byłem już na szczycie ,zrobiłem skok i chwyciłem się ściany ,na którą się potem wspiąłem. Kiedy byłem już wyżej ,zauważyłem w oddali las ,do którego prowadził tor przez dachy budynków. Zrobiłem skok w stronę najbliższego dachu i już na nim byłem. Teraz tylko nie mogę zeskoczyć ,bo na dole roiło się od strażników. Co raz szybciej i szybciej biegłem po dachach nie zwracając uwagi na wysokość. Wiatr wiał mi w twarz a ja mu pokazywałem ,że się nie daje. Las był coraz bliżej a ja... coraz silniejszy. Biegłem tak coraz szybciej ,aż w końcu zwolniłem ,gdy obok nosa przeleciał mi pocisk wystrzelony przez strażnika. ,, To na to idą nasze pieniądze" pomyślałem. Teraz musiałem być już bardziej ostrożny ale i silniejszy by nie dać się złapać. Przeskakiwałem to z dachu na dach ,by w końcu osiągnąć mój cel. Kiedy już skończyłem mój tor po dachach Warszawy ,zeskoczyłem z dość niskiego domu i wskoczyłem na jakiegoś księdza. Duchowny się przewrócił ,tak samo jak ja. Kiedy już wstałem ,podałem mu rękę i spojrzałem mu w oczy. Kiedy tak na niego patrzyłem wydawał mi się znajomy. Miał niebieskie oczy i siwe włosy ,oraz miał na sobie brudny habit. Nie mogłem sobie przypomnieć jego twarzy ,ale jestem pewny ,że kiedyś go widziałem. Mógłbym pewnie tak dalej na niego patrzeć ,gdyby nie to ,że zmierzali na mnie strażnicy. Przeprosiłem go i rzuciłem mu jedną monetę. Po tym geście ,odwróciłem się i ruszyłem w stronę lasu. A za sobą usłyszałem

  - Twój dziadek byłby z ciebie dumny ,Sambor.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz