wtorek, 15 kwietnia 2014

Dziennik Egreta, Wpis Piąty

23 kwietnia 1772

Wpis Piąty

Następnym miastem którym postanowiłem odwiedzić z Jędrzejem były Chojnice.
Bowiem w Chojnicach zamieszkiwał nasz kompan Dawid. Podróż zajęła nam 4 dni.
Gdy dotarliśmy do miasta, spotkaliśmy wojsko Pruskie stacjonujące w tej mieścinie.
Zaklnąłem pod nosem i powiedziałem do Jędrka, żeby zachował spokój.
Wjechaliśmy przez główną bramę. Przywitałem strażnika skinięciem głowy.
Zaczął mówić do mnie po niemiecku, na szczęście znałem ten język i nawiązałem rozmowę.
-Willkommen in deiner Gnade. (Witajcie waszmości)
-Wo kommst du her? (Skąd przybywacie)
-von Krakau. (z Krakowa)
Splunąl
-So Pole? (A więc Polak)
-Also, gibt es ein Problem? (Tak, czy to jakiś problem)
-Diese Länder sind nun Teil von Preußen (Te ziemie należą teraz do Prus)
-Ich bin hierher gekommen, um einen Freund zu besuchen (Wiem, przybyliśmy tu odwiedzić przyjaciela)
-Yhym, interessant, wirklich interessant. Nun, ich lasse Sie fahren. (Yhym, ciekawe, naprawdę ciekawe. Dobrze pozwalamwam przejechać.

-Vielen Dank, Sir (Dziękuje Sir)
Odwróciłem się do Jędrzeja i zawołałem: -Chodź, jedziemy!
Kiedy przejechaliśmy przez mury Jędrek zapytał:
-Żadnych problemów?
-Żadnych, ale musimy się stąd szybko zawijać.
-Aha... Rozumiem.
Pojechaliśmy w stronę domu Dawida, mieszkał na łące leżącej blisko lasu.
Po drodze zauważyłem, iż wszyscy się na nas patrzą, wiedziałem, że będą problemy z powrotem...
Dojechaliśmy do domu Dawida, Całkiem ładny dom. -Pomyślałem. Robił właśnie na polu.
Zawołałem go, on krzyknął pytająco ,,Egret"? Odpowiedziałem ,,tak". Zrobił zdziwioną minę i zaczął uciekać...Zdziwiło mnie to trochę, więc zacząłem go gonić aby dowiedzieć się o co mu chodzi.
Uciekał, doganiałem go, choć nie było to takie proste, gdyż wciąż był bardzo szybki. Zaczął wspinać się na drzewo. Gdy dobiegłem zaczął do mnie krzyczeć z drzewa po niemiecku.
Wciąż bawi mnie wspominanie tamtej sytuacji . :
-Dawid co z tobą?!
-Lass mich in Ruhe!(Zostaw mnie w spokoju!)
-Gadaj po polsku, a nie pierdol po niemiecku!
-Nein! (Nie!)
-Ehh jak chcesz. Czemu przed nami uciekałeś?
-No właśnie!-wtrącił Jędrek
-Lass mich in Ruhe! (Zostawcie mnie w spokoju!)
-Nie, dopóki nam nie powiesz o co chodzi!
-Ehh auf gut (Ehh no dobrze), w skrócie musicie stąd uciekać.
-Teraz to jakoś umiesz mówić po ojczystym języku, co?
-Nie marudź Egret.
-No dobra. Czemu?
-Jak już wiecie miasto należy teraz do Prus, jeżeli zaraz się stąd nie wyniesiecie, będą na was polować.
-Bez ciebie nie jedziemy!
-Na co wam ja?!
-Musimy ratować nasz kraj!
-Czemu?!
-Dowiesz się potem.
-Dobra, ale to ostatni raz.
-No to złaź już z tego drzewa.
Zeskoczył z drzewa lądując zgrabnie na ziemi.
- Chodźcie za mną muszę zabrać parę rzeczy z domu -powiedział.
Weszliśmy do jego chatki, była dość skromna jak już przedtem mówiłem.
Dawid podszedł do bogato zdobionego kominka. Na górze kominka były wyrzeźbione 3 kwiaty.
Przekręcił środkowy kwiat, kominek się rozstąpił, ujrzeliśmy schody prowadzące w dół.
-Nieźle -powiedziałem.
Dawid odwrócił lekko głowę i się uśmiechnął.
-Idziemy? -Zapytał drwiąco.
-Ehem em... Tak. -Powiedział Jędrzej drwiącym głosem.
Zeszliśmy na dół, ujrzeliśmy "niezły" to mało powiedziane skład broni.
Wziął ze ściany szeroką szablę, ze stołu wziął sześć pistoletów skałkowych.
-Po dwa dla każdego- Powiedział i wręczył nam pistolety.
-Dobra wynośmy się stąd.
-Słusznie- Krzyknął Jędrek.
Wyszliśmy na zewnątrz i dosiedliśmy koni, niestety mieliśmy tylko dwa, więc Dawid musiał jechać ze mną.
Zaproponowałem, żeby kupić jeszcze jednego konia, lecz on odmówił mówiąc, ze nie ma czasu.
-Musimy znaleźć inną drogę, bo pewnie główną bramą już nie wyjedziemy. - Powiedziałem
-Masz rację Egret, Dawid jest tu jakieś inne wyjście, nie pilnowane przez straże, albo o ich małej liczbie?
-Hmm... Chyba jest jedno...
-Świetnie, a więc jedźmy!- Krzyknął Jędrek
-Nie tak prędko Jędrek, to nie takie proste -powiedział Dawid
-Czemuż to?
-Wyjście może jest, ale dostać się do niego nie jest tak łatwo, przejście należy do rabusiów i złodziei...
-Czyli "Gildii Złodziei"?
-Tak i w tym jest problem, mogą tamtędy przejeżdżać członkowie gildii, albo zwykli ludzie płacąc wysokie pieniądze.
-Żaden problem, damy radę, prowadź.
-A-a-aa-ale Egre...
-Prowadź, nie marudź.
Zajechaliśmy w ciemną alejkę, prowadzącą do "tajnego wyjścia" z miasta. Zauważyłem około pięć osób w oknach i na dachach patrzących na nas. Krzyknąłem:
- Wyjdźcie i nie chowajcie się, wiemy że tu jesteście!
Cisza, lecz nagle z cienia wyszło około tuzina osób. Wyciągnąłem z kieszeni pierścień... Pierścień Gildii Złodziei!
Dawid i Jędrzej patrzyli na mnie w osłupieniu, ja zaś podniosłem wysoko pierścień i krzyknąłem:
-Mam na imię Egret Soll! Lecz w gildii przyszło mnie zwać...- Przerwałem.
Cisza. Głucha cisza trwająca nie więcej niż dwie minuty, lecz zdawała się trwać wiecznie.
W końcu z tłumu wynurzył się krzepki mężczyzna będący w sile wieku, lecz mający pasy siwych włosów po bokach głowy.
-Miło Cię znów widzieć Bury kruku.

środa, 26 marca 2014

Dziennik Mieczysława ,Część Czwarta.


                                       15 kwietnia 1772

      Kiedy tak do ciebie pisze pamiętniczku ,zawsze myślę co mogę ci powiedzieć najciekawszego. W ciągu moich dni ,nie dzieje się za wiele ,ale zawsze coś interesującego. I tak co dnia. W zeszłym tygodniu miałem dość mało przygód ,lecz mimo tego coś napisałem. Ale teraz... Chyba rozpiszę się na wszystkie strony ,jakie masz w sobie. Odkąd do ciebie pisałem ,wydarzyło się tyle rzeczy. Dlatego musisz być bardzo dokładny w zrozumieniu tego co piszę. Zaczynam.
      Jechałem sobie na koniu przez las. Wszystko było by dobre dla mnie ,gdyby nie to ,że jechałem w nieznane mi strony. Przede mną jechał mój nowy znajomy ,którego imię... zapomniałem. Może dlatego ,że jego imię było słowiańskie i trudno je było dla mnie wymówić. A idealnie władałem słowami i zdaniami. Jednak on władał natomiast ,dobrze mieczem i czymś ostrym przyczepionym do jego skórzanego karwaszu. I wydawał się być w tym zabójczo dobry. Na jego szatach nadal widziałem ślady krwi ,które musiał mieć jeszcze ze ostatnich zabójstw. Tylko nie wiedziałem ,co zrobił z trupami. Oby nie zostawił ich w moim domu. Bo jeżeli wrócę nie chce by przywitał mnie smród zgniłej skóry. I nagle sobie przypomniałem ,że mój sąsiad obiecał mi ,że zajmie się moim domem. I jeżeli napotka na drodze jakieś trupy... Będzie nie ciekawie. Jednak po dłużej chwili przestałem się tym martwić. Mam dobrego sąsiada i na pewno mi uwierzy. A nawet ,jeśli nie to i tak powie ,że nic się nie stało... Jak zawsze.
      Nagle jednak mój mistrz się zatrzymał. Popatrzył się na mnie a potem w lewo i w prawo. A następnie ruszył dalej. Widać było tylko jedną różnicę... przyśpieszył. Teraz zamiast wolnego chodu ,przeszliśmy w żywy stemp a potem w kłus. Z początku było wolno ,ale potem ruszyliśmy już jak najszybciej się da. A potem był już galop. Widać było ,że przed czymś ucieka. Ale przed czym. Za nami było pusto a obracając głowę to na prawo i na lewo ,nie mogłem zauważyć żywej duszy. W końcu jednak się zatrzymał na skrzyżowaniu dróg. Jedna droga wiodła na morze ,kolejna na Kraków ,trzecia zaś do Poznania. Staliśmy tak już dobrą minutę. Dokładną minutę ,ponieważ podczas tej ciszy nudząc się zacząłem liczyć. I policzyłem do sześćdziesięciu. W końcu otworzyłem buzię by móc coś powiedzieć ,jednak mój nowy ,,Mistrz" pokazał mi palec na znak ciszy. Staliśmy już teraz kolejną minutę a potem następną ,aż w końcu... usłyszałem wycie wilka. Wtedy mój znajomy odparł :

           -Co wziąłeś na drogę?
           -To co na podróż jest najważniejsze - odparłem spokojnie - Ubrania i Jedzenie.
           -A powiesz mi jaki typ jedzenia wziąłeś? - teraz był już podenerwowany.
     I dopiero sobie teraz zdałem sprawę z tego co wziąłem. Mięso. A to co poprzednio usłyszałem ,było bardzo głodne i uwielbiało mięso. Bez wątpienia był to wilk a teraz była pora na jedzenie. Północ.

          -Nie uciekniemy ,już od nich - odparł Mistrz - i tak nas wytropią.
          -A co gdyby je wszystkie zabić.
     Na te słowa rzucił mi szablę pod kopyta konia i odparł ,,Powodzenia" i odjechał galopem w stronę Poznania. Nie miałem innego wyboru. Nie mogłem wilkom rzucić mięsa bo nie będę miał co jeść ,lecz jeśli rzucę się na nie... prawdopodobnie zginę. Siedziałem tak jeszcze w siodle z kilka sekund ,aż zobaczyłem ,że zostałem otoczony przez watahę moich przeciwników. Nie zdając sobie sprawy z tego co robię ,zszedłem z konia i podniosłem szablę. Przyjąłem pozycję i zmieniłem wyraz twarzy. Z twarzy przestraszonej na bardziej przerażoną. Nogi mi się trzęsły a wilkom tylko szczęki ,które chciałby już zanurzyć kły w krwistym mięsie. Kiedy tak stałem ,pomyślałem ,,Cholera w mojej głowie ,wyobrażałem siebie inaczej". Stojąc tak zacząłem zdawać sobie sprawę ,że zaraz zginę. I wtedy się zaczęło. Jeden z wilków rzucił się na mnie i w locie już pokazywał swoje kły na znak tego ,że zaraz mnie zje. Ja jednak ,przyjąłem zamach i zaatakowałem mojego wroga. Teraz leżał martwy z otwartym brzuchem z którego lała się krew. Wtedy sobie zdałem sprawę. Jestem w tym dobry. Przez następne dziesięć minut odpierałem ataki watahy ,zabijając każdego po kolei i z większą precyzją zadając ciosy. Teraz wszyscy leżeli martwi a ja stałem dumny z siebie na skrzyżowaniu ,które teraz jest przeze mnie nazywane ,,Skrzyżowaniem Krwi". Jednak nie był to czas na tworzenie nowych nazw. Nadal jestem w Polsce i muszę się wybrać do pewnego miejsca ,którym interesowałem się odkąd się urodziłem. Poznań. Miasto w którym ,poznam odpowiedź na moje pytanie. Jednak dziwiła mnie jedna rzecz. Dlaczego Poznań?

czwartek, 13 marca 2014

Dziennik Alice, Wpis Czwarty

Dziennik Alice, wpis czwarty.
15 kwietnia 1772

Wczoraj wieczorem stało się coś niesamowitego-w żelażnych kratach więzienia zobaczyłam...go. Na początku myślałam, że widzę duchy, a raczej ducha mojego brata, jednak wtedy to na prawdę był on! Otworzył drzwi lochu i zniknął. Wychodziłam już z pałacu, gdy zauważyłam przy progu martwego strażnika. Miał mój miecz wbity w serce, a obok jego leżało czerwone pióro, miało czarny wzorek...takie same pióra dawałam kiedyś Alexsowi. On tu był. Gdy podniosłam pióro nagle ujrzałam dziwny obraz przed oczyma: Alex cały we krwi klęczał przy zwłokach jakiejś kobiety...Była to Anna. Obraz ten zniknął równie szybko jak się pojawił. Wyciągnęłam mój miecz z ciała strażnika i ruszyłam w stronę szukać Egreta. Jednak po paru krokach w lesie sama się zgubiłam. Czułam, że ktoś mnie obserbował, zaczęłam się więc rozglądać. Nic nie zauważyłam. Po paru kolejnych krokach ten "ktoś" mnie obalił. Już chciał wbić swoje ostrze w mój brzuch.
-Błagam cię, nie rób tego! -krzyczałam ze strachu
-A czemu niby miałbym tego nie robić?
-Bo ja tylko szukam przyjaciela, nie chciałam nic tobie zrobić a co dopiero twojemu lasowi .
-Szukasz przyjaciela?! A więc wiedz że już go nie znajdziesz!
-Proszę mniej litości! O łaskawy panie oszczędź me marne życie! Pozwól odejść tej młodej kobiecie o imieniu Alice!
-A...Alice?
-Owszem, a ty panie zwiesz się...?
-Alex! O siostro, przepraszam cię! Myślałem, że to kolejny sługus króla. Wstawaj już!
Wyciągnął do mnie rękę, ale wachałam się czy ją złapać.
-Ali, nie poznajesz mnie?
-Ja...ja...Tęskniłam bracie!
Rzuciłam się na niego z rozwartymi szeroko ramionami aby móc go przytulić. Po tylu latach znowu poczułam to ciepło jego ciała...To najlepsze co mogło mnie teraz spotkać.
-Tylko czemu próbowałeś mnie zabić?
-A po cholerę wlazłaś do lasu?! Nie uczyłem cię że tu się nie wchodzi?!
-Uczyłeś, ale ja tylko szukałam przyjaciela, może go widziałeś? Ciemne włosy, wysoki, ranny.
-Widziałem, ale puściłem go żywego. Ale pewnie i tak daleko nie zaszedł z takimi ranami pewnie wykrwawił się po drodze.
Nagle w naszą stronę ruszyło stado wilków? Słysząc ich kroki już sięgałam po rękojeść miecza.
-O nie, nie, nie, moja droga. To nie wymaga ofiar.
Zdziwiło mnie to. Nagle Alex wydarł się na wilki: Leżeć!
A one posłuchały go i jak udomowione psy układły się na brzuchach.
-Jak ty ,to...?
-Uznajmy, że już długo tu przebywam i potrafię porozumiewać się ze zwierzętami.
Po chwili milczenia znów spytałam:
-Czy to ty mnie wtedy uwolniłeś?
-"Wtedy", to znaczy?
Spojrzałam w niebo, było widać już słońce.
-Wczoraj.
-A możliwe, możliwe... . -uśmiechnął się do mnie.
-Wyglądasz mi na zmęczonego, może udamy się do jednego mojego znajomego? Tam odpoczniesz
-Dobrze, prowadź.
Skierowaliśmy się do domu Jakuba, po drodze rozmawialiśmy o tym co się działo przez ostatnie lata, miesiące, dni... . Czas pomknął jak szalony i zanim się obejrzałam byliśmy już na miejscu. Zapukałam do drzwi, otworzył półnagi Jakub.
-O Boże, przyjacielu byś się ubrał! -powiedział ze śmiechem Alex.
-Alex! Druhu, kope lat! Wchodź i opowiadaj, co u ciebie? Już gotuję wodę. Kawki? Herbatki?
-Podziękuję sobie na razie -powiedział nieśmiało.
-A ty Alice? Coś ,jakoś się nie odzywasz...
-Herbata! ...Poproszę herbaty...
-Dobrze.
Wyjął szklaną filiżankę, włożył do niej torebeczkę z liściami mięty i zalał wrzątkiem.
-Ile słodzisz?
-Dwie łyżeczki cukru lub ewentualnie jedną i pół łyżeczki miodu.
Wyjął  cukiernice, wsypał do filiżanki dwie łyżeczki cukru i zamieszał.
-Proszę bardzo.
-Dziękuję bardzo. A czy mógłbyś się teraz łaskawie ubrać? -powiedziałam żartobliwym głosem.
-A jak panieńka prosi, to nie odmówię.
-Nie panieńka tylko moja siostra! Uważaj na słowa! -krzyknął Alex
-Spokojnie, spokojnie. Jesteś już zmęczony, zaprowadzę cię do sypialni. -powiedziałam do niego  troskliwym głosem. Skierowałam go do pokoju i położyłam na łóżku.

-Obudź mnie o południu.

Powiedział to i od razu zasnął, a co za tym idzie i chrapał.
Wyglądał tak jak kiedyś. Patrząc tak na niego ,przypomniały mi się stare czasy. Stęskniłam się za widokiem mojego brata jednak to chrapanie zawsze mnie irytowało. Przykryłam go pierzyną i wyszłam z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Jakub już zdążył się przebrać.
-Herbatka już wystygła... .
-Trudno, będę piła zimną herbatę.
-...A jak poszło polowanie? Nie było cię cały dzień, martwiłem się o ciebie.
-Niepotrzebnie się zamartwiałeś. A co do polowania...nic nie udało mi się dziś złapać.
-A starczy ci pieniędzy na życie?
-Tak, z tego co mam bez problemu utrzymam nas jeszcze z osiem dni.
-Jakby brakowało ci pieniędzy to mów, zawsze ci pomogę finansowo.
-Dziękuję.Ale... przepraszam, idę na spacer, wrócę za niecałe półgodziny.
-Dobrze, czekam.
Wyszłam z gospody i skierowałam się na rynek, a na słupie zauważyłam list gończy z twarzą Egreta! Zerwałam go i schowałam do torby. Potem chodziłam spokojnie po mieście. Po około 25 minutach wróciłam do domu.
-Która godzina? -spytałam Jakuba
-Trzynasta.
Weszłam do pokoju w którym spał Alex.
-Wstawaj! Już godzina pierwsza po południu!
-Czemu mnie do cholery budzisz?!
-Sam mnie prosiłeś...
-Dobra, zmywamy się stąd!
-Co?
-Musimy uciekać z tego miasta.
-Dlaczego?!
-Delikatnie mówiąc, król chce skrócić nas o głowy, a szczególnie ciebie.
-Ale ja się go tam wcale nie boję! We dwójkę spokojnie damy mu radę!
-Jemu może i tak, ale jego rycerzom już nie tak prędko... . Siostro, to dla twojego dobra.
-Proszę zostańmy tu jeszcze osiem dni!
-Góra siedem.
-Dobrze...
-Nie chcę się wam wtrącać , ale chyba ktoś was szuka -powiedział zaniepokojony Jakub
-O kurwa. Ali schowaj się gdzieś!
-Nie!
-Słuchaj, jak strażnicy cię złapią ,to wtrącą do lochu i zakatują na śmierć!
-A skąd ty to możesz wiedzieć?
-Mam swoje źródła informacji, ale już mniejsza, chowaj się!
-Nie zostawię cię samego, a co jak będziesz musiał walczyć?
-Jakub mi pomoże, mimo pozorów umnie walczyć. Ali, schowaj się i nie wychodź z kryjówki pod żadnym pozorem.
Pobiegłam co sił w nogach do piwnicy i schowałam się w jedej z wielu skrzyń i okryłam jakimś materiałem. Słyszałam krzyki i wrzaski. Po chwili wszystko ucichło. Ktoś zszedł do piwnicy i zaczął przeszukiwać skrzynie. Zamknęłam oczy, rozluźniłam mięśnie i udawałam trupa-to pierwsze co przyszło mi do głowy. Nagle ktoś odkrył materiał i mnie zobaczył.
-Patrzecie! Ona tu jest! Chyba już martwa, ale jest! -krzyczał szczęśliwy.
Do piwnicy weszło jeszcze kilku ludzi. Wyjęli mnie ze skrzyni, położyli na podłodze i okrutnie kopali. Po chwili któryś chciał sprawdzić puls, ale nic nie wyczuł.
"Boże mniej w ochronie takich idiotów" -pomyślałam.
-Dobra, jest już martwa! Zostawcie ciało, idziemy przekazać dobre wieści królowi! -mówił dumny z siebie rycerz
I wyszli. Po jakiś pięciu minutach zszedł do mnie Jakub.
-Alice! Żyjesz?! Odezwij się, proszę! O kurwa! Alex chodź tu!
Alex odrazu zszedł do piwnicy.
-Ali, koniec żartów.
Zaczął mnie łaskotać, na szczęście coś takiego już mnie nie rusza.
-Uparta jesteś! O wstawaj już!
Otworzyłam oczy i zobaczyłam że oboje są ranni, a ja sama chyba miałam złamane żebro. Jakub był ranny w lewą rękę, natomiast Alex miał stylet w prawym barku.
-Co się tu stało?
-Królewscy rycerze...przeszukiwali dom, my stawialiśmy opór, jednak ich było za wielu, poddaliśmy się. A potem sama wiesz... -powiedział Jakub
-To stąd ten sztylet w barku Alexsa...Pomóc ci go wyjąć?
-Jakbyś mogła... -odpowiedział Alexs
-Dobrze, ale uważaj, teraz będzie boleć.
Wyciągnęłam ten sztylet bez większego problemu.
-O kurwa! Cholernie boli!
-Nie krzycz tak, bo oni mogą tu jeszcze wrócić... .
-Nie wrócą.
-Chłopaki, mam pomysł: może od dziś będę spała w piwnicy?
-A jak wybuchnie pożar spłoniesz jako pierwsza.
-To może będę spać w pokoju bez okien?
-Jak chcesz to czemu nie? Ale wtedy w przypadku pożaru lub włamania nie miałabyś drogi ucieczki. A jeśli ci na tym tak zależy to zobacz, tamte drzwi na lewo.
-Dziękuję.
Była już godzina dwónasta wieczorem, więc postanowiłam już położyć się spać. Alex wszedł do pokoju w którym już powoli zasypiałam.
-Słodkich snów, księżniczko.
Pocałował mnie w czoło i poszedł. Po chwili wrócił.
Poczułam jakieś ostrze na ręku. Alex nacinał skórę, aż pojawiła się krew. Poczułam pióro na ranie. Do pokoju wszedł Jakub i darł się na Alexsa: Co ty do cholery robisz?!
-Chcę dać te pióro królowi, aby uznał, że Alice nie żyje. Wtedy da nam spokój.
-Albo oskarży cię o zabójstwo...!
-Przynajmniej ona będzie bezpieczna.
Przytulił mnie i odszedł.
-Masz odważnego brata, młoda. -powiedział do mnie Jakub. Po chwili zgasił świecę, która oświetlała pokój. Słyszałam jak wychodził, więc dyskretnie ruszyłam za nim... .

                                  Alice

piątek, 7 marca 2014

Dziennik Sambora ,Wpis Czwarty


                                               19 kwietnia 1772

    Przepraszam cię Drogi Pamiętniku ,że tak długo do ciebie nie zaglądałem. Myślę ,że zrozumiesz dlaczego tak do ciebie nie zaglądałem ,bo przecież ,nie mógłbyś mnie nie zrozumieć. Miałem dość sporo na głowie a z każdą sekundą ,było coraz to gorzej. Za pewne wiesz ,że jestem kowalem z wieloletnim doświadczeniem i przez wiele lat nie opuszczałem kuźni. Teraz to już przeszłość. Na tej stronie piszę teraz nowy Sambor. Moje życie uległo zmianie ,przez jeden głupi ruch. Odwagę. Jestem pewien ,że gdyby nie to ,że podsłuchiwałem rozmowę króla nie było by mnie teraz tutaj. Piszę do ciebie ,siedząc na pieńku drzewa ,pośrodku jakiegoś ciemnego lasu. Jest zimno a ja nie mam kurtki a moje ciało to jedna wielka plama krwi. Chciałbym ci opowiedzieć ,że dość dużo się pozmieniało. Nawet za dużo.
    Kiedy wyskoczyłem z okna i wleciałem w stos siana ,usłyszałem dość niecodzienny hałas. Alarm. Teraz każdy w obrębie stu metrów wie o tym co się stało na korytarzu królewskim. Teraz jedyne co mi zostało to ucieczka. Jednym zwinnym ruchem wyskoczyłem z siana i stanąłem na nogi. Akurat pech chciał ,żeby zauważyli mnie strażnicy. Ruszyli na mnie ,krzycząc ,,Chodź tu ,sukinsynie" z mieczami w rękach. Ja nie wiedząc co robić ,postanowiłem ,że się poddam. Klęknąłem na ziemi i jedyne o czym mogłem teraz marzyć to o tym by nie odcięli mi głowy. Czekałem ,aż mnie otoczą i zrozumieją ,że się poddaje. Trwało to tylko pięć sekund a oni już nade mną stali. Mierzyli do mnie bronią z uśmiechem na twarzy a ślina spływała im po brodzie. Myślałem ,że to mój koniec. A to był dopiero początek. Podszedł do mnie główny strażnik i przeleciał wzrokiem. Twarz miał jak koń a z jego oczu ,można było wywnioskować... że nie miał ciekawej przeszłości. Uderzył mnie w twarz na tyle mocno bym mógł poczuć jak krew leci mi z nosa. Potem złapał mnie za szyję i jednym silnym ruchem podniósł na nogi i splunął mi w twarz. Następnie rzucił mną o ziemię i odparł:

     - I tak masz leżeć. Nikt ,nie wchodzi mi w drogę ,kiedy ma wartę. Nawet ,taki pies jak ty.
     - Uważaj... Bo ten pies ,okazał się być mądrzejszy i cię przechytrzył. Świnio - powiedziałem to z krwią w      ustach.

   On na te słowa rzucił się na mnie i zaczęliśmy się tarzać po ziemi. Zadawał mi dość nie codzienne ciosy i tak samo ja obudziłem w sobie zabójcę. Wtedy po raz pierwszy ,bez wahania postanowiłem zabić. Przewróciłem go na plecy i jednym ruchem ,wszedłem na niego i zacząłem obijać twarz. W tym samym czasie rzucili się na mnie strażnicy z mieczami a ja wyciągnąłem miecz z pochwy strażnika i zacząłem rzeź. A jednak mój dziadek miał rację ,potrafię walczyć. Na pierwszego rzuciłem się jak lew i zacząłem zadawać cięcia na tyle mocno by po chwili mój przeciwnik padł. Potem się odwróciłem i sparowałem cios przeciwnika i wbiłem mu nóż prosto w gardło. Trzeci przeciwnik miał topór i zamachnął się nim raz a porządnie. Ja zrobiłem obrót na tyle daleko by topór wbił się w ziemię koło mojej stopy. Kiedy już byłem dość daleko od niego ,podskoczyłem w górę i przybrałem dość dziwną pozycję ale na tyle zabójczą by mój przeciwnik dostał mieczem w oko. Zaryczał z bólu ,głośniej ,niż alarm i zaczął wymachiwać we wszystkie strony. Niestety miecz został w oczodole ,więc musiałem uciekać. Z moje pozycji ,wysunąłem nogę i przybrałem pozycję do sprintu. Podczas biegu ,usłyszałem głos mojego leżącego nadal rywala ,, Dopadnę cię ,skurwysynie. Urwę ci twoje jaja i powieszę w kaplicy". Ja jednak się nie odwracałem i biegłem przed siebie a za mną banda strażników. Musiałem dobiec do mojego konia i jak najszybciej uciekać z kraju nic tu po mnie. Jadę po rodzinę i zabieram ich do Austrii. Tam będzie najlepiej. Moja Mama zawsze marzył o odwiedzeniu Opery ,zawsze chciała posłuchać jakieś pięknej muzyki. A teraz ma mnie ,młodego wojownika co jednego dnia zabił 5 osób. Coś strasznego. Mimo tego nie zatrzymywałem się i biegłem dalej ,aż do bramy i do konia... którego tam nie było. Przez chwilę podczas biegu zastanawiałem się gdzie on jest i dopiero teraz sobie przypomniałem ,że źle go przywiązałem. Jednak nie było na to czasu ,by go teraz szukać. Biegłem dalej ,przed siebie. Omijałem miejskie kramy i ulice Warszawy ,które po raz pierwszy widziałem. Skręciłem w końcu w jedną z ulic ,która okazała się być tą ślepą. Mimo tego biegłem dalej ,ponieważ na końcu drogi były uformowane schody z bagaży i słomianych klatek. Mogłem albo zrobić ten ruch ,albo zginąć od strażników ,których tupot stóp zbliżał się coraz bardziej. Zatrzymałem się a kiedy to zrobiłem strażnicy skręcili w uliczkę i zaczęli na mnie biec. Zacząłem coraz szybciej myśleć i teraz to postanowiłem zrobić. Wbiegłem na schodki i zacząłem się po nich wspinać. Byłem już coraz wyżej a kiedy byłem już na szczycie ,zrobiłem skok i chwyciłem się ściany ,na którą się potem wspiąłem. Kiedy byłem już wyżej ,zauważyłem w oddali las ,do którego prowadził tor przez dachy budynków. Zrobiłem skok w stronę najbliższego dachu i już na nim byłem. Teraz tylko nie mogę zeskoczyć ,bo na dole roiło się od strażników. Co raz szybciej i szybciej biegłem po dachach nie zwracając uwagi na wysokość. Wiatr wiał mi w twarz a ja mu pokazywałem ,że się nie daje. Las był coraz bliżej a ja... coraz silniejszy. Biegłem tak coraz szybciej ,aż w końcu zwolniłem ,gdy obok nosa przeleciał mi pocisk wystrzelony przez strażnika. ,, To na to idą nasze pieniądze" pomyślałem. Teraz musiałem być już bardziej ostrożny ale i silniejszy by nie dać się złapać. Przeskakiwałem to z dachu na dach ,by w końcu osiągnąć mój cel. Kiedy już skończyłem mój tor po dachach Warszawy ,zeskoczyłem z dość niskiego domu i wskoczyłem na jakiegoś księdza. Duchowny się przewrócił ,tak samo jak ja. Kiedy już wstałem ,podałem mu rękę i spojrzałem mu w oczy. Kiedy tak na niego patrzyłem wydawał mi się znajomy. Miał niebieskie oczy i siwe włosy ,oraz miał na sobie brudny habit. Nie mogłem sobie przypomnieć jego twarzy ,ale jestem pewny ,że kiedyś go widziałem. Mógłbym pewnie tak dalej na niego patrzeć ,gdyby nie to ,że zmierzali na mnie strażnicy. Przeprosiłem go i rzuciłem mu jedną monetę. Po tym geście ,odwróciłem się i ruszyłem w stronę lasu. A za sobą usłyszałem

  - Twój dziadek byłby z ciebie dumny ,Sambor.

środa, 5 marca 2014

Dziennik Egreta, Wpis Czwarty

19 kwietnia 1772

Wpis czwarty

Postanowiłem odwiedzić moich starych "znajomych ,którzy jak sądziłem ,mogli by mi pomóc .Pojechałem do najbliższej wsi aby kupić jakiś płaszcz i odwiedzić lekarza.
Wioska na szczęście znajdowała się niedaleko ,więc było mi na razie łatwo.Kiedy dotarłem do wsi u jednego z krawców kupiłem zwykły, prosty, szary płaszcz z kapturem. Teraz wypadałoby odwiedzić lekarza.
Medyk był niedaleko ,więc wybrałem się do niego od razu a po drodze zauważyłem LIST GOŃCZY z moją twarzą. "Niebezpieczny, uzbrojony wróg państwowy, jeśli go zauważysz niezwłocznie informuj patrol. Nagroda 250 zł." Musiałem się spieszyć, zaczęły się już listy gończe a to nie dobrze. Czym prędzej pobiegłem w stronę medyka. Na szczęście nie wielu wieśniaków umiało czytać więc nie wiedzieli o nagrodzie. Medyk szybko uporał się z ranami, zapłaciłem mu 15 zł i szybko wróciłem do mojego wierzchowca.
Wyruszyłem do Krakowa, do mojego "znajomego".
Dzieliły mnie trzy dni drogi od niego ,więc ruszyłem od razu ,aby jak najszybciej uciec...
...Dotarłem do Krakowa. Nie pamiętałem dokładnie gdzie mój znajomy mieszkał, ale wiedziałem gdzie go znaleźć.Poszedłem do najbliższej tawerny. Akurat rozpętała się bójka w której dorośli faceci bili się z brutalnością i złością w oczach. Nagle poleciał na mnie jeden mężczyzna z nożem, szybko chwyciłem niedopitą butelkę i rozbiłem mu ją o głowę na tyle mocno by poczuć się bezpieczniej. Szybko osunął się na ziemię, sprawdziłem mu puls czy na pewno żyje (bo czasami przesadzam z uderzeniem), uspokoiłem się, po prostu stracił przytomność, był zbyt pijany aby nie zemdleć. Szybko się podniosłem, znowu jakiś Cieć zaczął biec w moją stronę. Schyliłem się i przerzuciłem go przez plecy i poleciał na ziemię uderzając o ziemie plecami.Szukałem wzrokiem mojego przyjaciela, dopatrzyłem się go przy jednym ze stołów bijącym się z czterema innymi mężami.
Doszedłem do niego, właśnie pokonał ostatniego przeciwnika. Położyłem mu rękę na ramieniu, był wysoki na dwa metry, był także masywnie zbudowany i miał lekki zarost na brodzie. Odwrócił się do mnie i krzyknął:
- Co, następny?
- Och ty stary wieprzu, Jędrzej nie poznajesz mnie?
- Egret?!
- A któż by inaczej?
- Skąd ty się tu wziąłeś?!
- Odwiedzam starych compadre.
- A, to miło cię...
Miał dokończyć gdy nagle kolejny chłop poleciał na nas. Jednocześnie uderzyliśmy go pięściami w twarz.
- Może wyjdźmy stąd, trochę tu tłoczno.
- W sumie masz racje.
Wyszliśmy na zewnątrz. Usiedliśmy na beczkach stojących nieopodal i wróciliśmy do rozmowy.
- No więc opowiadaj co u ciebie?- Spytałem.
-A jakoś, żyję, choć brakuje mi naszych wspólnych przygód. Hehe, pamiętasz?
-Jakże bym mógł zapomnieć, jak na przykład uciekaliśmy z płonącego pałacu Austrii.
-Ach to były czasy.
-A jakże.
-A powiedz, co u ciebie słychać? Jak idzie praca u króla?
-Zostałem wrogiem państwowym i jestem poszukiwany listem gończym.
- CO?! DLACZEGO?!
- Sprzeciwiłem się woli króla. Król podpisał traktat o rozbiór Polski, nasza ojczyzna zmalała, choć tu tego nie widać, na granice weszły wojska Rosyjskie, Pruskie i Austriackie.
-I mówisz, że jesteś teraz poszukiwany tak?
-Tak.
-Świetnie!
-Co?
-Och, nie o to mi chodziło, w końcu jakaś przygoda, a nie same bijatyki w knajpach.
-Widzę, że krew wciąż się w tobie gotuje. Czy chciałbyś mi towarzyszyć w podróży po naszych starych przyjaciół?
-Oczywiście, zawsze razem, pamiętasz.
Uśmiechnąłem się lekko.
- Tak, a więc ruszajmy po Dawida i Alexa.
- A co z Jakubem?
- Jakub został w mieście i tak będziemy tam wracać.
- Racja, ruszamy niezwłocznie?
- Jeśli chcesz...
- A więc ruszajmy idź po swojego konia, ja pójdę po swojego spotkamy się tutaj.
- Dobrze.

Poszedłem po mojego konia i wróciłem na wyznaczone miejsce, czekałem dwie minuty, aż Jędrek się zjawił.
- Więc ruszamy? (spytał)
- Tak, trzeba ratować ten kraj...


sobota, 1 marca 2014

Dziennik Mieczysława .Wpis Trzeci

Dziennik Mieczysława, Wpis trzeci


                                     Czwartek 18 kwietnia 1772 rok

Wstałem około godziny 8.00. Przez jeszcze chwilę leżałem w łóżku rozmyślając o wczorajszym dniu. Kim był ten ,którego tak się bałem? Dlaczego zabijał? Jaki miał cel? Te pytania nie dawały mi spokoju. Skoro zabił strażników to równie dobrze mógł i mnie zabić. Kiedy już skończyłem rozmyślać o wczorajszym dniu wróciłem do dnia dzisiejszego. Umyłem się ,ubrałem na siebie jakieś ubranie i zszedłem na dół. Tam zastałem tajemniczego mężczyznę w kuchni, smarującego chleb masłem. Nie miał na sobie białych szat ani kaptura. W końcu mogłem się przyjrzeć jego twarzy. Całą miał w bliznach i trzeba było przyznać ,że inaczej wyglądał w kapturze a inaczej bez kaptura. Na początku go nie poznałem ale potem przypomniałem sobie kto to. Patrzyłem tak na niego zza drzwi ,które były tylko przychylone. Patrzyłem jak je chleb i popija miodem. W końcu się odwrócił i z buta wyciągnął nóż i rzucił w stronę drzwi tak mocno ,że cały wbił się w drzwi. Przestraszyłem się i od razu wszedłem do pokoju gdzie właśnie przesiadywał. Minę miałem dość przestraszoną choć chciałem pokazać ,że nic się nie stało. Przez chwilę na mnie patrzył jak przechodziłęm od strony drzwi do szafek.Nagle się odezwał. Zaprosił mnie do zjedzenia z nim śniadania a kiedy już usiadłem ,przedstawił się imieniem Dalebor. Zjedliśmy wspólnie śniadanie, podczas którego opowiedział mi kim jest i co tu robi. Nazwał się „Asasynem”. Mówił, że jest to zakon, który od bardzo dawnych czasów walczy z templariuszami. Słyszałem o templariuszach ale nie sądziłem ,że krążą o nich złe opowieści. Słyszałem ,że to przeciwieństwo Krzyżaków. Ale kiedy słyszałem o nich z takiego punktu widzenia... Przestałem się nimi interesować i zacząłem się zastanawiać nad nowym zakonem. Asasynami.
Powiedział, że przybył tu po to aby wyszkolić MNIE na asasyna?!Co ja?! Ja się nie nadaje do zabijania, jestem zwykłym sprzedawcą. Nigdy nie wytknąłem nosa poza granice Warszawy i nigdy nikogo nie zabiłem. Co najwyżej kota sąsiadki bo raz wszedł mi na ogródek i nasrał na trawę. ale nigdy nie zabiłem człowieka. Ale Dalebor nadal drążył temat o moim szkoleniu.


-Widzę w tobie potencjał i chciałbym go w tobie rozwinąć, przecież i tak nie masz wiele do stracenia.
-No cóż, czemu nie.
-Wspaniale! Wyruszymy o zmroku.
-Wyruszymy? Dokąd wyruszymy?
-Do kryjówki asasynów. To kilka pagórków stąd. Idź zacznij pakować najpotrzebniejsze rzeczy... Nie zapomnij także o jakiejś broni.
-Czy jeszcze tu kiedyś wrócę?
-To zależy czy przeżyjesz.
-A mogę zginąć?
-Możesz zginąć. Ale za swój kraj. Nadchodzi mrok Mieczysławie a ty jesteś światłem. Nie ma mroku bez światła ,tak samo jak nie ma dobra bez zła.
-Wasze powiedzenie?
-Nie ,to jest moja zasada. I nią się kieruję. Tak samo jak ty będziesz się kiedyś kierować swoją. Jednakże mamy też i wspólną zasadę. Tą którą kierują się wszyscy Asasyni. A teraz idź po swoje rzeczy.

Po rozmowie pobiegłem na górę się spakować. Wziąłem najpotrzebniejsze rzeczy, jak powiedział mój nowy znajomy. Spakowałem kilka par ubrań, butów oraz trochę prowiantu na drogę. 
Zszedłem na dół z rzeczami, chcąc oświadczyć, że jestem gotowy, ale nagle przypomniałem sobie, że miałem wziąść też broń. Pobiegłem na zaplecze po miecz i dwa sztylety.Kiedy byłem już gotowy wróciłem do niego. Było jeszcze południe, więc do zmroku było jeszcze trochę czasu. Zapytałem co mam robić w tym czasie, a on odpowiedział, żebym pozałatwiał sprawy ze znajomymi.Zrobiłem jak powiedział odwiedziłem swojego sąsiada, poprosiłem, żeby zajął się moim domem i majątkiem w czasie kiedy mnie nie będzie (ufałem mu). Spytał się mnie dokąd jadę.Powiedziałem mu, że wyjeżdzam w interesach. Kiwnął głową i powiedział ,,Dobrze". Wyszedłem i wróciłem do domu. Było około 16 i zaczynało się już ściemniać. Dalebor powiedział, że musimy już ruszać. Kiwnąłem głową na zrozumienie i ruszyłem za nim. Ruszyliśmy z buta do bram miasta a tam czekały na nas konie. W młodości lubiłem jeździć na koniach i często jeździłem na nich. Ale musiałem to rzucić by móc otworzyć interes i zarabiać pieniądze. W końcu wszedłem na konia ,wyprostowałem się ,włożyłem nogi do strzemion ,ruszyłem łydkami i przeszedłem do stempu. To samo zrobił mój znajomy i po 5 minutach byliśmy już poza granicami miasta. W końcu się spytałem mojego znajomego o pewną rzecz ,która nie dawała mi spokoju. Spytałem się go ,jaka jest główna zasada Asasynów. On się odwrócił i odparł:

-Nic nie jest prawdziwe ,wszystko jest dozwolone.

czwartek, 20 lutego 2014

Dziennik Alice, Wpis Trzeci

14 kwietnia 1772 rok, Wpis trzeci

   Całą wczorajszą noc nie mogłam zasnąć i to nie tylko z powodu Egreta...dużo myślałam też o zachowaniu Sambora.
Chyba nie zbyt mnie słuchał i nie zrozumiał tego co do niego mówiłam... .
No ale co? Trudno się mówi, dalej się żyje.
Około godziny ósmej rano zrobiłam Jakubowi śniadanie, ja sama nie zdążyłam zjeść.
Już prawię wyszłam z domu...no i Jakub mnie zatrzymał.
No przecież nie powiem mu po co tak na prawdę idę, bo nie pozwoli mi wyjść z tych czterech ścian.
Znowu musiałam skłamać. Tym razem powiedziałam, że idę na polowanie. I tym razem też mnie puścił.
Po wyjściu wpadłam do Sambora porozmawiać o wczorajszym wydarzeniu.
"Może pomóc mi szukać Egreta, przecież to jego przyjaciel, na pewno zechce mi pomóc"-myślałam.
Trochę nieobecna szłam do jego gospody. Weszłam Sambor bardzo milo mnie ugościł herbatką i ciasteczkiem.
Po chwili milczenia rozpoczęłam rozmowę. Jednak chyba mnie nie słuchał, tylko się na mnie patrzył, jakby tylko czekał aż skaczę gadać.
Więc przeszłam do rzeczy: "Czy pomożesz mi odnaleźć Egreta" -spytałam. Odpowiedzi nie uzyskałam. Podziękowałam mu za gościnę i wyszłam.
Była już godzina 12.30-bardzo się u niego zasiedziałam. Na początku nie wiedziałam gdzie iść-przecież mógł być wszędzie.
Pytałam przechodniów na mieście czy może go nie widzieli, jednak większość nawet nie odpowiedziała.
Szłam więc dalej, odwiedziłam karczmy, bary, lecz tam też go nie było. Na żadnym targu lub w sklepie.
Zaczęłam przeszukiwać łąki i pola. Następnie tereny podmokłe i obok zbiorników wodnych. Szukałam, szukałam, lecz znaleźć nie mogłam.
To jak szukanie igły w stogu siana, w stogu ogromnego siana. Zaczęłam kręcić się przy lasach, jednak jeden omijałam szerokim łukiem.
Wielki czarny las w którym, aż pełno jest stworzeń, które tylko czekają aby cię zjeść. Żaden człowiek, który tam wszedł już nie wyszedł.
"Wejdę tam tylko w tedy, gdy będzie to konieczne."-pomyślałam. W jednym z mniejszych lasków zauważyłam stado zająców-jak można nie skorzystać z takiej okazji?
Wyjęłam łuk i trzy strzały. Powoli naciągałam cięciwę i puściłam strzałę, która wbiła się prosto w kark jednego z większych zająców.
Reszta stada się spłoszyła, no cóż, nigdy nie będziesz miał wszystkiego czego chcesz lub pragniesz. Długo szukałam go w lasach lecz bez skutku.
Przygnębiło mnie to, że nie umiem odnaleźć osoby na której tam mocno, tak bardzo mi zależy. Zostały już tylko dwa miejsca do przeszukania: pałac i czarny las... .
Więc skierowałam się w stronę zamku. Słońce powoli chowało się za choryzontem. A gdy doszłam już do murów panowała już całkowita ciemność.
Okna, które zawsze dawały światło zgasły. Wydawało się, że wpałacu nikogo nie ma.
Obserwowałam ten budynek bardzo długo, aż z mojej ciekawości wdrapałam się na drzewo znajdujące się obok największego okna.
Nic podejrzanego nie widziałam ani nie słyszałam. Wskoczyłam i to był mój OKROPNY błąd. Nagle dwójka strażników wyszła z ukrycia.
Złapali mnie za obie ręce. Desperacko próbowałam uwolnić się z ich uścisków, jednak bezskutecznie.
Bo co taka drobna, niska kobieta może zrobić taki strażnikom? Trzymali mnie bardzo mocno, jakby mięli mi za chwile zmiażdżyć kości.
Krzyczałam z bólu. Po chwili przyszedł rycerz, jednak nie wyglądał jakby chciał mi pomóc. Wręcz przeciwnie miał złowrogi wyraz twarzy.
Wyjął miecz przeczuwałam że to może być już koniec mojego życia. Po mej bladej twarzy spłynęła jedna mała łza.
Gdy rycerz wykierował miecz w moją stronę kopnęłam go w ten sposób, że miecz wypadł mu z ręki.
Robiłam tak ze trzy razy, aż w końcu za czwartym razem podsunęłam miecz pod moje stopy. I wrednie skakałam po nim, wyginając go.
W w tedy rycerz był, aż czerwony ze złości! Kazał wtrącić mnie do lochu. Musieli mnie targać, gdyż ja sama nie chciałam iść. No i cóż?
Byłam już w lochu. OKROPNIE TAM ŚMIERDZIAŁO! Ale to nie było moje największe zmartwienie... .
Czułam się tak, jakby nie było dla mnie jutra. Przeczuwałam, że chcą mnie zabić. W powietrzu unosił się również zapach krwi-przeraziło mnie to.
Musiałam obmyślić jakiś plan ucieczki, jednak najpierw napisałam list. List do mojej siostry-Anny. Długo nie miałam z nią żadnego kontaktu.
Może się ucieszy, że w końcu dałam jej znak, ale gdy przeczyta resztę listu... . Nie chcę zniszczyć jej życia... Będzie miała pewnie poczucie winy, że nie mogą mi pomóc...moja siostra to skarb,a moje ostatnie słowa w życiu skieruje właśnie do niej.
I teraz tak mocno sięgam w pamięć...Alex nauczył mnie polować i tropić, a Anna nauczyła mnie kochać i żyć.
To dla niej ciągle polowałam-jest ciężko chora, a leki kosztują fortunę. Prawie cały mój dorobek oddaję mojej siostrze.
A jeśli umrę...? Kto jej pomoże...? Spłynęła koleja zła... . Muszę obmiślić plan ucieczki i to zaraz! To będzie gra o życie.
Już zaczęłam myśleć i pisać a tu nagle w żelaznych klatach ujrzałam znajomą sylwetkę... .

Alice