wtorek, 18 lutego 2014
Dziennik Sambora ,Wpis trzeci.
14 kwietnia 1772
Ostatni wpis zakończyłem tym ,że spotkałem kobietę. To dość przełomowy moment mojej historii ponieważ po raz pierwszy poczułem to uczucie o których wszyscy poeci piszą. Ujmując to jednym zdaniem... Zakochałem się. Stałem tak przybity w ścianę i patrzyłem jak jej zwinna sylwetka przeskakuję to z drzewa na drzewo. Była wygimnastykowana natomiast co do wzrostu ,zaliczała się do tych osób co jak na nie patrzysz masz wrażenie ,że kiedy do niej mówisz to mówisz do podłogi. Była niska ale była piękna. Jej włosy odbijały promienie słońca. Kiedy tak na nią patrzyłem nie zauważyłem ,że w tym samym czasie Egret ma kłopoty. Zorientowałem się kiedy piękna nieznajoma ,spojrzała na mnie wzrokiem mówiącym ,,Co się patrzysz". Jednym zwinnym ruchem ,odwróciłem głowę i spojrzałem na Egreta. Zobaczyłem kogoś jeszcze. Mojego znajomego i króla. Mieli dość poważne miny i oboje patrzyli na Egreta. On sam też nie miał najlepszej miny ,więc wywnioskowałem ,że to nie jest najlepsza rozmowa w życiu mojego przyjaciela. Patrzyłem tak na nich przez chwilę. W końcu przestałem się patrzyć na nich ,kiedy dotknęła mnie czyjaś ręka. Była to... Ona. Z daleka wyglądała bardzo ładnie ale teraz wyglądała przepięknie. Przez jedną sekundę zapamiętałem w niej wszystko to co jest w niej piękne. Jej kolor oczu ,gładką skórę ,jasne włosy ,malutkie i cieniutkie brwi oraz jej małe usta. Patrzyłem się tak na nią jeszcze przez pewien czas ,dopóki się nie odezwała. Mówiła jakieś bzdury na temat ,czemu się na nią gapiłem lub w stylu ,czy my się znamy. Kiedy ona coś mówiła ,ja nadal patrzyłem na jej usta. Kiedy tak na nie patrzyłem czułem ,że zaraz ją pocałuję. Na szczęście się powstrzymałem ,bo gdybym to zrobił za pewne zaraz by mnie tu nie było. I tego pałacu też. W końcu się odezwałem. Ale nie wiem czy zrobiłem dobrze. Powiedziałem:
-Sambor.
-Co?
Wtedy sobie zdałem sprawę ,że nie usłyszałem ,wcześniejszego pytania. Odpowiedziałem to co przyszło mi na język. Teraz patrzyła się na mnie ze zdziwieniem a jej oczy przybrały rozmiar jednej monety o wyższej wartości. Z tym wyrazem twarzy wyglądała dość śmiesznie i musiałem się mocno powstrzymać przez atakiem śmiechu. W końcu postanowiłem kontynuować rozmowę. Jednak coś mnie powstrzymało. Był to strażnik ,który padł trupem na ziemię. W jego klatce piersiowej pojawił się sztylet. Poznałem ten sztylet. To ten ,który wykułem dla Egreta. Był cały w krwi podobnie jak strażnik. Wtedy spojrzałem na Egreta. Uciekał. A ja wyszedł za ściany i wyciągnąłem sztylet z piersi strażnika. Jeden mocny ruch i go wyciągnąłem. Wtedy usłyszałem gruby ton ,,Łapać go". Był to ten sam facet co ,wcześniej mnie tu miał sprowadzić a za jego słowami ruszyło na mnie dwóch strażników. Kiedy na mnie ruszyli ,krzyknąłem do mojej towarzyszki ,,Uciekaj' a ona jednym dobrze oddanym skokiem ,wyskoczyła przez okno. Teraz miałem na sobie dwóch strażników uzbrojonych w ciężkie miecze i żelazne zbroję. Atakować ich to samobójstwo ale poddanie się to też pewna śmierć. Przybrałem dobrą pozycję a sztylet skierowałem do przodu. Napiąłem wszystkie mięśnie i skupiłem się na przeciwnikach. Wtedy się zaczęło. Jeden z napastników ,żeby mnie zabić postanowił zrobić taki ruch mieczem ,jakby chciał uciąć mi głowę. Ja klęknąłem ,powodując ,że stal przeszła mi nad głową i kiedy przeszła nad moją głową ja od razu przybrałem dawną pozycję. Na mojej twarzy pojawiła się kropla potu a na twarzy przeciwnika... zdziwienie. Jeszcze raz zaatakował ,tym razem zrobił ruch jakby chciał mi wbić miecz prosto w brzuch. Ja zrobiłem obrót w prawo ,powodując ,że mój przeciwnik znowu chybił. W końcu zaczął wymachiwać tym swoim mieczem na wszystkie strony tak jakby chciał mnie pociąć jak rzeźnik ,świnię. Ja robiłem ciągle uniki do tyłu nie dając się dotknąć mieczem. Napastnik nadal mnie atakował a jego przyjaciel patrzył jak próbuję mnie trafić. Moje uniki trwały dość długo ,dlatego jednym ruchem sztyletu ,zablokowałem jego ruch mieczem i wyrwałem mu go z ręki a sztylet wbiłem mu pomiędzy oczy. Na cały pałac ,rozniósł się krzyk a potem upadek trupa. Mój przeciwnik padł ale został jeszcze jeden ,który ze wściekłością ruszył na mnie. Zacząłem parować jego ciosy ale każda próba była nie udana. Walczyliśmy tak do momentu kiedy ten zrobił ruch mieczem ,który prawdopodobnie miał mi odciąć stopy od reszty ciała. Ja podskoczyłem i podczas skoku zadałem cios mieczem. Rozciąłem przeciwnikowi gardło. Kiedy już padł ,rzuciłem miecz na ziemię i popatrzyłem w stronę okna. Nie było już tam mojej nowej znajomej. Były tylko drzewa. Następnie popatrzyłem w stronę króla. Patrzył na mnie z przerażeniem. Kiedy tak na mnie patrzył rzuciłem w jego stronę słowa ,, Niech będzie pochwalona Wasza Wysokość" .I wyskoczyłem przez okno prosto w stóg siana. Przeżyłem.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz