14 kwietnia 1772
Wpis trzeci
Po wyposażeniu się u Sambora poszedłem prosto do pałacu.
Idąc próbowałem unikać patrolów, przez całą drogę było ich około sześć.
Kiedy dochodziłem do pałacu zauważyłem rycerza na białym koniu.
Szybko ukryłem się za najbliższym drzewem i chwilę go obserwowałem.
Kierował się do rynku, pomyślałem "zbliżają się kłopoty".
Ale to nie było moje największe zmartwienie.
Przy wejściu stało dwóch strażników, zapytali kto idzie ale kiedy zobaczyli moją twarz od razu zamilkli.
Jeden wybełkotał, że nie mogę wejść do pałacu uzbrojony.
Więc zciągnąłem miecze, wyciągnąłem noże i dwa sztylety przy pasie.
Specialnie zostawiłem dwa sztylety w butach bo wiedziałem, że bez nich nie wyjdę stąd żywy.
Jeden z nich mnie obszukał i niczego nie znalazł, pomyślałem : "gdzie szkolą takich idiotów".
Kiedy skończył powiedział, że mogę iść, kiwełem głową i poszedłem przed siebie.
Zza pleców usłyszałem : zwołaj posiłki i poinformuj króla.
Uśmiechąłem się ironicznie, cały pałac na mnie patrzył jak na jakiegoś przestępce, a ja se spokojnie szedłem.
Kiedy dotarłem przed sale tronową spotkałem dwóch strażników.
Powiedziałem:
-Idę na audiencję do króla, przepuśćcie mnie!
-Niestety, król jest zajęty, będziesz musiał poczekać.
-To chociaż zawiadomcie go, że tu jestem.
-Ooo, to na pewno zrobimy.
Pomyślałem, że to pewnie jakiś podstęp, ale w tej chwili obaj weszli do komnaty króla.
Czekałem stałem tam 20 min aż zacząłem chodzić w kółko.
Minęło kolejne 40 min, zacząłem się denerwować, pomyślałem, że zwojują posiłki przez drugie wejście.
Porozglądałem się w okół, zauważyłem niedaleko mnie Sambora obserwującego mnie.
Udawałem, że go nie widzę. 2 min później wyszli ci dwaj strażnicy.
Powiedzieli, że król mnie wzywa.
Podeszli do mnie stanęli z dwóch stron, obejrzałem się jeszcze raz na Sambora.
Wtedy zobaczyłem również Alice! Pomyślałem: CO TA DZIEWCZYNA TAM ROBI!
Ale teraz to było nieistotne, właśnie miałem się zobaczyć z królem.
Przekraczając próg drzwi zobaczyłem : dziesięciu rycerzy obok króla, pięciu z lewej i zprawej.
Stali szykiem. Było jeszcze dodatkowo czterech przy drzwiach, plus dwaj co mnie prowadzili.
Czyli łącznie było ich szesnastu. Hmm czekałem godzinę a król sprowadził tylko szesnastu ludzi?
To było podejrzane...
W końcu przemówiłem:
-Królu co ma znaczyć podpalenie mojego domu w czasie gdy śpię?!
-To ja się ciebie pytam co ma znaczyć zabicie czterech królewskich rycerzy?!
-Ci rycerze podpalili mój dom, oraz chcieli mnie zabić, musiałem się bronić.
-Musiałeś? Najpierw krytykujesz moją postawę polityczną, a teraz zabijasz królewskich rycerzy.
Niniejszym na podstawie tych dowodów i twojego przyznania się do winy, ogłaszam cię wrogiem państwa!Pojmać go!
-Tak k*rwa jeszcze czego.
Wtedy wyciągnąłem te dwa sztylety z butów.
Ruszyli na mnie najpierw strażnicy drzwi.
Pierwszym dwóm wbiłem je między oczy, kolejnemu rozciąłem pierś, a następnemu podciąłem gardło.
Pozostała dwójka spróbowała za dać mi cios, trafili mnie w pierś i żebro.
Uznałem, że nie wygram tej bitwy, dlatego wbiłem im sztylety w brzuchy i ruszyłem do okna.
Biegłem krwawiąc, po drodze dwójka ze stojących przy królu chciała mnie zranić, lecz bezskutecznie.
Kiedy byłem metr od okna skrzyżowałem ręce na głowie i skoczyłem.
Szkło rozbiło się w drobny mak kilka kawałków pocięło mi ręce ale niezbyt poważnie.
Wpadłem w krzaki jakiś kwiatów, dokładnie nie wiem jakiś ale dobrze zamortyzowały upadek.
Szybko pobiegłem w stronę wejścia do zamku, po co? a no właśnie, że chciałem odzyskać miecze.
U wejścia byli ci sami dwaj co przedtem, trzęśli się. Wydarłem się na nich, żeby oddali moje miecze, albo ich zabije.
Rzucili mi je prosto pod nogi, oraz moje noże do rzucania i uciekli do zamku, ja założyłem miecze na plecy i ruszyłem w miasto, biegłem w kierunku lasu.
Po drodze potrąciłem kilku ludzi, sam prawie się nie wywalając.
Goniły mnie trzy patrole, ale jakoś zdołałem im uciec.
Minąłem stajnie wskoczyłem na usiodłanego konia i ruszyłem, sprzedawca zaczął wyklinać więc rzuciłem mu około 50 monet pod nogi.
Po dziesięciu minutach byłem już w lesie. Rozbiłem mały obóz, na szczęście koń miał na sobie tkaninę z której zrobiłem prowizoryczny namiot.
Zająłem się opatrywaniem ran, znalazłem kawałek szkła wbity w mój bok.
Rana mocno krwawiła, dziwiłem się, że wcześniej nie poczułem potężnego bólu.
Wyciągnąłem kawałek szkła z ciała, urwałem kawałek tkaniny z "namiotu" i zabandażowałem ranę.
Poszukałem drewna na opał oraz kamieni do rozpalenia ogniska.
Po pięciu minutach udało mi się rozpalić ogień. Poszedłem zapolować.
Udało mi się znaleźć dwa króliki, szybko rzuciłem w nie moimi nożami do rzucania, oba wbiły się im prosto w ich małe główki.
Oskórowałem je i odciąłem głowy, zacząłem je smażyć nad ogniskiem. Po kolacji zgasiłem ognisko, żeby mnie nie znaleźli i położyłem się spać.
Myślałem nad tym gdzie się udam i co zrobię i wymyśliłem...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz